WSBN

Wirtualny Szpital dla Bardzo Nerwowych powstał w roku 2002, na dawnym forum Najwyższego Czasu, a jego pierwszym i ostatnim dyrektorem został legendarny, całkowicie wirtualny dr Fciak. Na co dzień szpitalem i personelem zarządza Siostra Przełożona. W skład stałego personelu wchodzi pielęgniarz Świstak (pomaga mu żona, znana bardziej jako Świstula, oraz woźny Raciwiłł.
Dalej...

20 lipca 2010

Z frontu walki z reakcją i Redakcją (177), 20 lipca 2010

  
  
Remont Komórki

Uwieszony na dwóch hebanowych dziewczynach, przesuwał się przede mną Bob Gold, piosenkarz, który sprawie wyzwolenia świata od białego człowieka poświęcił cały swój talent i głupotę. Był jak zawsze naćpany, a jego twarz, z farbkowo niebieskim wzrokiem nie wydawała się zainteresowana czymkolwiek.


Nikomu z nas się nie śpieszyło i dosyć obojętnie słuchałam, jak Hak wzdychał i mruczał:
 
Nazywam się Hak
i leżę na wznak,
a baba ten mak
zasiała,

dlatego, że Hak,
choć leżał na wznak
pokazał jej, jak
siusiała...

W miarę jak Hak podśpiewywał, traciłam pewność czy Czytelnik wytrwa w lekturze, jeśli natychmiast nie ujawnię czasu i miejsca akcji.
A Hak nie wypuszczał liry:
 
Kobieto, puchu marny, ty jesteś jak zdrowie!
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie...
kto raz zięciem w kolebce, przespał się w alkowie
na mrówce i na krowie, bo krów było mrowie.
 
Patrzyłam, jak Hak rozgląda się i kręci głową:
 
O, dajcie mi góry, o, dajcie mi chmury,
i orły zwołajcie, by wbiły pazury,
w te dupska, którymi, gdy widzę, się brzydzę,
w te plecy wiszące, nim je znienawidzę...

Na tłuszcze i ...haszcze zazwyczaj się łaszczę,
lecz tutaj, to najpierw tę paszczę pogłaszczę,
a potem się wygnę, łeb skręcę i przygnę -
jak babsko utopię, to w basen ten rzygnę...

Był czas przypomnieć Hakowi, że obowiązuje cisza.
 
Aby się czymś zająć, zaczęłam myśleć o powrocie do rutyny, o przyszłym raporcie... Moją rzeczą jest pisać raporty, więc raporty pisane będą - człowiek nie wybiera powołania, gdy powołanie wybiera jego. Można odsuwać rękę losu, ale kiedy ta ręka należy do dr. Fciaka, bunt byłby buntem przeciw samej sobie.


* * *

Od tej chwili minęło kilka tygodni i oto pierwszy raport po przerwie:
 
Od czasu do czasu każdy człowiek i prawie każda instytucja musi przed sobą postawić zadanie. Raz postawione zadanie może sobie postać. Jak długo? Ba, tu potrzebna jest szczypta teorii, bez której, jak chce Hak, "nie obejdzie się nawet królik".

Statystyczny człowiek nosi w swojej podświadomości tendencję, która w praktyce przyjmuje postać reguły: "Bardzo ważnym zadaniem przed podjęciem zadania jest znalezienie dobrego powodu dla jego odłożenia."
Indagowany w tej sprawie obywatel coś kręci, ale ilekroć znajdzie jakąś wymówkę dla rezygnacji z czegoś, co sobie zaplanował, wstaje lekki i śpiewa różne głupstwa, demoralizując dzieci i zwierzęta domowe.
Reguła ta jest dobrze znana rewolucji światowej i krajowej, ale nikt nigdy nie znalazł jej dosłownego zapisu. Z wyjątkiem jednej jedynej inskrypcji, którą Hak miał widzieć na ścianie pokoju hotelowego we Włodzimierzu Wołyńskim, zapisanej ręką samego Siemiona Michajłowicza Budionnego: "Wot, siewodnia Buga nie prachodzim, tak ja mordu zalał".

A teraz stop teorii, bo praktyka bębni pięściami po drzwiach.
Można było zauważyć, że od kilku miesięcy czas przypominał Big Maca z wyborami prezydenckimi zamiast hamburgera i że działalność Centrali była w tym okresie dyskretna. Dzisiaj, kiedy Centrala jest z wyborów zadowolona, a wąs nowego prezydenta zdobi ekrany telewizorów, kwestię tę można wyjaśnić bez obawy, że ktoś poza czytelnikami raportów zwróci na nią uwagę. Samo zaś wyjaśnienie jest wpisane w teorię rewolucji i sprowadza się do wskazania, że kiedy zakwita wyborczy kwiat paproci, to przy ubieraniu kandydatów trzeba ideologię zastąpić marketingiem. Jeśli trzeba, popierany przez lewicę kandydat może nieść księdzu baldachim, może ryczeć "Nie lękajcie się !", może potępić in vitro i obiecać jego refundację z funduszu zdrowia, i może zrobić wiele innych rzeczy, o których zapomni jeszcze szybciej niż wyborcy.

Nie może być jednak tak, że on śpiewa swoje, a z tyłu dolatuje Międzynarodówka. Stąd też w okresie oszukiwania wyborców każda licząca się partia lewicowa zajmuje się malowaniem lokali i myciem samochodów. I tak oto sznurek, który niepostrzeżenie wsunęłam Czytelnikowi do ręki, zaprowadził go do rozwiązania zagadki, dlaczego od pewnego czasu nie ukazał się żaden raport. O jakiej bowiem "walce z reakcją" miałabym pisać, jeśli walki nie było? Wstydź się Czytelniku, który zarzucałeś mi lenistwo. Jakże cierpiałam, jako kobieta pracująca i kobieta w ogóle, kiedy byłam zmuszona do taktycznego kajania się, ze wzrokiem to w pustce, to w okolicach komody.
Tymczasem Centrala najspokojniej w świecie zawiesiła przed sobą kurtynę. Grubą, gorącą i wilgotną. O zapachu fiołków porzuconych na talerzu z resztką ziemniaków w sosie chrzanowym. Zanim opowiem, co się za nią działo, muszę nad paroma aspektami rewolucji zapalić światło nie tylko elektryczne.

Pamiętamy, że istotą rewolucji jest zdobycie dla siebie władzy nad światem, a zwłaszcza nad jego pieniędzmi. Kiedy Centrala Central skonstatowała, że tradycyjny proletariat bez włączenia prawego migacza skręcił w stronę drobnomieszczaństwa, musiała rozpaczliwie szukać nowego klienta, bardziej odpornego na ząb czasu i inne zęby. Jako pierwsi zgłosili się zboczeńcy. Mamuty wszak wyginęły, a sodomitów jak się tępiło, tak się tępi. Potem jęły piszczeć kobiety - jak były bite, tak są. Zauważono również, że ręka ojca, jak na nieposłuszny tyłek spadała, tak spada. I dzisiaj, dzięki tym znaleziskom, nowoczesna lewica bankowa ma pacjentów, którym humoru nie poprawi ani wulgarny chleb z szynką ani finezyjne igrzyska w rodzaju piłki nożnej.

Pozostaje sprawa kadr. Każdy, komu tradycyjne wskazania moralne przelatują przez czaszkę jak neutrino przez naszą planetę, a kto codziennie budzi się z nieczytelnie zaadresowanym uczuciem nienawiści, jest materiałem na tzw. "idiotę użytecznego". Żeby pojąć Lenina, kiedy ten mówił o kadrach, jako kluczowym elemencie rewolucji, wystarczy wyobrazić sobie, co byłoby, gdyby za każdą robotę miał się brać osobiście któryś z prawdziwych ojców rewolucji. Musiałby wówczas odłożyć szklaneczkę i cygaro, a wtedy, jak oblicza Spitzman, do samego czyszczenia popielniczki trzeba byłoby zatrudnić od jednego do dwóch tysięcy osób. Generalnie rzecz biorąc, idiotom użytecznym powierza się raczej nadzór, podczas gdy samą gołą robotę pozostawia się idiotom zwykłym, płaconym z podatków państwa, w którym lewica pasożytuje.

Niełatwo jest być ojcem rewolucji. Gdybym napisała, że każdy ojciec rewolucji kończył swoje pracowite życie w łóżku i z księdzem, to Czytelnik by się zakrztusił i musiałabym swoje kroniki czytać sama.


O zgonie i pogrzebie pierwszego lewicowca, Kaina, wiemy niewiele, ale już Marks, Engels, Stalin i Mao umierali we względnym komforcie. Jeśli chodzi o Lenina, to psuł się on stopniowo, manualnie zachęcany do życia przez pewną francuską sekretarkę, za którą, co zrozumiałe, nie przepadała towarzyszka życia Włodzimierza Ilicza, imienniczka papugi Nadieżdy, niejaka Krupska. Jeśli chodzi o Trockiego, to tak denerwował on Stalina, że został przez niego obrócony w proch w trybie przyspieszonym, bez przepisowego czasu na rachunek sumienia i żal za grzechy. Dla odmiany, Robespierre kończył egzystencję stopniowo, najpierw bez dolnych zębów, a następnie głowy, podczas gdy socjalista Adolf Hitler został, z kulą w czaszce, poddany wysokiej temperaturze jak jakiś homar. Widzimy, że gdyby zebrać ojców rewolucji do kupy, to nie byłoby czego tej kupie zazdrościć.
A co dopiero idiotom użytecznym i idiotom zwykłym!
Haruje nasz szeregowy rewolucjonista jak małpa w kieracie. Zdarza się, że zasiądzie przy barze albo w agencji towarzyskiej, żeby przypomnieć hardemu biznesmenowi, kto mu dał pieniądze na rozruch, ale większość czasu spędza na kości ogonowej, psując oczy przed ekranem w jednej z komórek rewolucyjych, zawsze na wysokim piętrze. Na wysokim, żeby mu nie zaglądali przez ramię przechodnie, i bez windy, żeby luksus nie drażnił mas pracujących i plebanii.
 
W tym roku Centrala postanowiła nie tylko odmalować komórkę, ale również zainstalować w łazience bidet, zgodnie z pismem, które wprowadził papugę w długotrwały stan nieważkości. Śmiech Nadieżdy przebił wszystkie piętra i wyrwał lokatorkę Tęgodubską z łóżka, w którym uprawiała kombinację sjesty z migreną. Podpisane przez szefa Centrali Szapirowa pismo głosiło bowiem, że "bidet instaluje się z myślą o wygodzie tow. Nadieżdy Igorownej Orinoko".

Na pytanie emisariusza Zylbersztajnowa, gdzie ma podziać załogę, Szapirow odparł, że podreperuje się ją fizycznie w jakimś SPA, najlepiej we Francji, "do czego on przyłączy się osobiście". Decyzja Lwa Mojsiejewicza Szapirowa podlegla wykonaniu w trybie doraźnym. Stroną praktyczną wakacji zajął się Roger, znany Czytelnikom raportów, jako "motocyklista na rowerze" i pilot samolotów śmigłowych, z podwoziem w postaci kół, pływaków i płóz.
 
- Ale po kolei – jak ostrzegł gołąb gołębia w czasie nalotu nad pomnik.


Centrum Termalne znajdowałe się w średniowiecznym miasteczku N., tuż za murami obronnymi. Centrala wynajęła dla nas pensjonat "Chez les Thénardiers", którego nazwę amator "Nędzników" Wiktora Hugo z pewnością uzna za romantyczną. Właściciele, Monsieur et Madame Robert Bidal, wołali na pokojówkę Cosette, ale po służbie Monsieur szczypał ją w dżinsy już jako Mélanie. Pensjonat był wygodny, położony o 200 m od Term, luksusowo wyposażony w telewizję satelitarną i łącza internetowe. Mieliśmy przed sobą trzy tygodnie szczęścia, tym bardziej, że góry były oddalone o parę kilometrów, a jezioro o prawie tyleż.
- Nic się nie obsunie i nic nas nie zaleje - rozejrzał się ze skarpetką w ręku Lew Mojsiejewicz Szapirow.
- Oprócz Stolicznej - wyszczerzył się Lew Dawidowicz Zylbersztajnow, już w sandałkach.
- Odżyjemy tu jak Penis z popielnika - westchnął Hak.
- Jak Feniks z popiołów - jęknął Rebek.
- Jak Penis z popiołów - zgodził się Hak.
 
Wszyscy zostaliśmy zbadani przez jednego z uzdrowiskowych lekarzy. Najdłużej zabawiła w gabinecie pani Mania Siadkiewiczowa. Kiedy wyszła, wychylił się ze stanikiem w dłoni dr Lamy i zapewnił, że Madame Mania płuca ma w porządku.
Dr Alain Lamy, łysiejący amator wina, kobiet i śpiewu, uprzedził, że zechce nas i nasze czekówki zobaczyć w środku kuracji oraz tuż przed jej końcem. Jego metoda składała się z wywiadu oraz pomiarów takich parametrów, jak ciśnienie, waga, wzrost, odległość palców ręki od podłogi w skłonie w przód, oraz różne kąty, związane z patrzeniem w górę, w dół i na boki. Tłumaczeniem zajmował się Roger, na zmianę ze mną.

Jedyny incydent związany był z Hakiem.
- Może pan się wyprostować - powiedział doktor, kiedy Hak za trzecim podejściem opuścił dłoń na wysokość kolan.
- Łatwo kurwa powiedzieć - kazał przetłumaczyć Hak i pozostał w skłonie.
Wyprostował go dopiero zastrzyk i dwa Lwy, Szapirow i Zylbersztajnow.
 
Mając do wyboru astmę, choroby kobiece i żylaki, jednogłośnie wybraliśmy reumatyzm. Dr Lamy, usłyszawszy francuski Nadieżdy, poprosił ją, aby rozebrała się "do spodu" i stanęła na wadze. "700 g" odczytał i uprzejmie stwierdził obecność "pewnych objawów reumatyzmu w lewej łapie".
Przepisano nam te same zabiegi. Mieliśmy zaczynać dzień od gimnastyki w basenie z wodą mineralną, która stawiała na nogi Rzymian, a następnie pielgrzymów do Composteli. Po 20 minutach intensywnej gimnastyki następowało 10 minut masażu wodą, wytryskiwaną pod ciśnieniem ze ścian basenu. Natryskom, deszczom i biczom wodnym nie poświęcę szczególnej uwagi, ale już gorące katapalazmy z gliny leczniczej i kąpiel medytacyjna w białym błocie były autentycznie interesujące.

Szczegółom kuracji zostało poświęcone pierwsze zebranie w sali seminaryjnej pensjonatu. Tym bardziej, że właśnie zajechał Berlingo z płynnym sprzętem konferencyjnym. Jego przyjazd został zgrany z początkiem zebrania. Nie wiem, jakich środków synchronizacyjnych dopuścił się Szapirow, ale usłyszeliśmy zaciągnięcie ręcznego hamulca, po czym kierowca pojazdu, z natury rzeczy wolniejszego od samolotu, wypadł przez drzwi i zasnął, z jedną nogą porzuconą w samochodzie.
 
- Do roboty Mikołaj - zarządził Lew Dawidowicz.
- Jojo i Libero mu pomogą - zaantycypował Hak.
- Powinien mnie zastąpić Hak - odezwał się Libero. - Ċwiczenie dobrze mu zrobi na wańtuch.
- Lumbago posiadam - wyjaśnił Hak z wyższością w głosie.
- Nie ma lepszego sposobu na lumbago, jak noszenie kartonów - kontynuował Libero.
- A poza tym - dał się słyszeć Rebek - nie mówi się Lómbago, tylko lumbago.
- Kurwa - okazał zdenerwowanie Hak - Nadieżda zaświadczy, że dobrze wymawiam.
- Dobrze! - poświadczyła papuga.
- Ona świadczy za darmo? - zdziwiła się agentka Mossadu, Amam.
- Zawsze za darmo - uprzedził Nadieżdę emisariusz.
- Dziwne u was porządki, Zylbersztajnow - mruknął półoficjalnie Szapirow.
- I nie po to Lew Mojsiejewicz mnie rano prostował - spróbował podsumować Hak - żeby mi znowu zastrzyk w dupę bili.
- W pośladki, kochany panie Haczusiu - sprostowała Siadkiewiczowa - byłam przy zastrzyku, to wiem.
- Jak pani doktór cyce macał, to ja się nie wtrącałem - podskoczył Hak.

Mikołaj runął dusić profanatora, ale tuż przed celem zderzył się z Siadkiewiczem, który świadom swoich cywilnych i kościelnych praw do biustu, cały gniew przeniósł na wegeterianina, którego słabość do popiersia jego żony stanowiła w kamienicy tajemnicę mniejszą, niż marcowe przedsięwzięcia kota Bazyla. Gdyby obrońców honoru kobiety nie rozepchnął Lew Dawidowicz, widzielibyśmy na żywo pojedynek o względy Pierwszej Damy Administracji Blokowej. Nie byłaby to jedyna polska krew przelana na obczyźnie, tyle że sączyłaby się wyłącznie z dziąseł, a z hasła "Za wolność naszą i waszą", "waszą" trzeba byłoby wykreślić.
- Nie deptać kierowcy! - huknął dla odwrócenia uwagi emisariusz.

Program zebrania nie wykraczał poza zdrowie i rehabilitację, toteż nie było problemu z paroma euro na lody lub kino dla dozorcostwa. Nalewkowy Mikołaj uwijał się zrazu krnąbrnie, ale kiedy Libero chyłkiem dolał mu do naparu z rzodkiewki i rzęsistka polnego pięćdziesiątkę Stolicznej, a nie przeczuwający niczego protestant Dnia Siódmego całość wypił, zaczął cyrkulować wokół stołu z dawną biegłością, za to z nieznaną dotąd swawolnością. Zaglądał w dekolt nie tylko Siadkiewiczowej, ale i Amam, co nie uszło uwadze papugi, której pojnik zdążył się już wysunąć więcej niż raz :

Pani Mania
ma dwa dania,
a ja, Amam,
także dwa mam

sterczą na nas
jak ordery,
których razem
mamy cztery

- Co, co? - jął dopytywać się Mikołaj, tak roztargniony, że zajrzał w rozchylenie koszuli Rebkowi.
- Nic, nic - śpiewnie odpowiedziała klatka.

Rewolucja nie świętowała długo. Jako pierwszy zmęczeniu alkoholowemu uległ Jojo i zasnął z czarnym notesem w ręku. Nad jego głową chodził cichy wentylator i przesuwał kartki, chłodząc nazwiska i imiona z wypracowanej przez Jojo kolekcji antysemickiej.
- Zabierzcie to jajo do pokoju, bo mi psuje widok - nakazał emisariusz Zylbersztajnow.
- Nie jajo, tylko Jojo - odzyskał i stracił przytomność zainteresowany.
Podniosłam notes z podłogi. Otworzył się na dobrze znanej Czytelnikowi stronie z inskrypcją "Udało się zidentyfikować liczne ślady antysemityzmu. Silb ... tj. Zylbersztajnow powinien być przeniesiony do muzeum, a papuga Nadieżda do rzeźni."
 
Zebranie trwało tak krótko, że można by powiedzieć, że zakończyło się przed końcem. Siadkiewiczowie zabrali ze sobą Amam.Na wózku bagażowym.
Rebek ewakuował Mikołaja, a Hak, mimo że miał pokój na tym samym piętrze, "z racji lumbago" ściągnął windę i gdzieś pojechał.
Libero oddał się porywającej walce z grawitacją, i kiedy wydawało się, że ją ostatecznie przegra, podniósł się i wyraźnie nieświadom zwycięstwa, zniknął za rozsuwanymi drzwiami.

Zauważyłam, że Nadieżda, z dziobem lekko rozchylonym i jakąś prawie wypisaną na nim czułością, wpatruje się w koniec stołu, gdzie na wprost siebie, wyprostowani, wciąż pionowo, sztywno siedzieli dwaj emisariusze. Dwa Lwy. Dwa prawdziwe lwy. Spojrzenie papugi było skoncentrowane naturalnie na Lwie Dawidowiczu. Pomijając ogrom sympatii, jaką zawsze dla niego miałam, z przyjemnością stwierdziłam, że jest w jego sylwetce i profilu rzadka szlachetność. Obaj mieli rysy nieco stężałe, ale lata walki rewolucyjnej i praktyki bankietowej sprawiły, że chociaż falowali między odurzeniem lekkim, a bardzo lekkim, i chociaż przejściowo nie czuło się w nich ochoty na przykład do gry w tenisa, to jednak dysponowali tym rodzajem formy fizycznej i tą ostrożnością w słowach i mimice, że mogli kontynuować picie bez ryzyka dla kariery. Obaj zakąszali kabanosami; Szapirow od dawna w nic nie wierzył i koszer nosił w tylnej kieszeni spodni, a prawosławnemu po matce Zylbersztajnowowi, wieprzowina mogła tylko sprawić przyjemność.

- Idź, idź, Władziu - zwrócił się do mnie Lew Dawidowicz. - My tu sobie z Lwem Mojsiejewiczem jeszcze przez chwilę pokonferujemy.
- Wiesz - szepnęła klatka - brakuje mi Bazyla. - Pewnie by się między nimi ułożył do snu.
- Albo by mnie odprowadził - pomyślałam.

I poszłam sobie.

Tyle jeszcze rzeczy wydarzyło się w Termach w N. zanim Szapirow ogłosił koniec remontu kadr, że postanowiłam podzielić raport z "remontu" na dwie części.
Ta druga część nadejdzie, kiedy Czytelnik da mi łaskawie znać, że znajdzie w sobie wystarczająco ochoty, żeby ją po pierwszej części przeczytać.
Nawet, gdyby to miała być nieprawda.

Władysława

6 maja 2010

Komórka Rewolucyjna : codzienność, plotki, wiadomości (1)


Wydawany przez Centralę Biuletyn BBNF (Biuletyn Biura Nasłuchu Forów) przyniósł dzisiaj rano informację na temat debaty, jaka miała miejsce na jednym z forów, a dotyczyła postawy, jaką należałoby przyjąć wobec kraju, który jeszcze niedawno był znacznie większy. Aż za duży. Chodzi naturalnie o Rosję.

Obszerne cytaty z dyskusji zostały poprzedzone słowem wstępnym kierownika Centrali i zarazem redaktora naczelnego BBNF, Lwa Mojsiejewicza Szapirowa.
W swoim słowie, zatytułowanym "Kurica nie ptica - prawica nie dziewica", Szapirow pisze m.in.:
Tak wam, towarzysze, wiadomo, że dzisiejsza Rosja odsunęła się od lewicy światowej, zdradzając dzieło i ideały nieśmiertelnego Trockiego, Lwa Dawidowicza.
Nu, ale lewica ma na Rosję banki, a bez banków ona nie pociągnie. Jak kryzys się skończy, to ceny złota i ropy mogą zacząć latać jak Gagarin, a kiedy my im ekologów i Grinpica na futra wystawimy, to oni swoje paliarne lisy co do jednego pojedzą. Samolot im się znowu wysypał, to tego też nikt nie kupi.
Ostatnie wydarzenia nastawiają nasze polskie masy na wielki gniew przeciw Rasiji imperialno-putinowskiej, a jak my jeszcze intelektualistow i Wyborczu Gazietu do obrony Rasiji delegujem, to Polak Rosji pokaże tył, a światowej lewicy przód.
Nu, a taki Marucha, nie dalej jak 4 maja, artykułem "Ta ruska agentura", w swoim "Dzienniku gajowego Maruchy, robotę psuje i pokazać chce, że to nie Rosja wszystkiemu dzisiaj w Polsce winna.
Wot i pytania stawia, jak to:
- Czy to Rosja wykupiła za psie grosze perły polskiego przemysłu?

- Czy to Rosja zakazała rządowi podratować Stocznię w Gdańsku?
- Czy to Rosja wplątała Polskę w kretyńskie awantury w Iraku i Afganistanie, do których musimy dopłacać, a nasi USRaelscy sojusznicy nawet nie raczyli znieść wiz dla Polaków?
- Czy to do Rosji pielgrzymują wszyscy polskojęzyczni politycy, by tam kiwać się pod Ścianą Płaczu i obiecywać wierność i posłuszeństwo starszym i mądrzejszym?
- A może to Rosja nachalnie promuje zboczeńców zwanych “gejami” i urządza im parady?
- Czy to Rosja, łamiąc prawo, sprzedaje koszulki “Zrobiłam aborcję”? Czy to z Rosji przypłynął statek aborcyjny do Polski?
- Czy to Rosjanie zdewastowali program nauczania polskiej historii i literatury w szkołach, wyrzucając Sienkiewicza, a dając drugorzędnego pisarza Schulza?
Oj, i dużo jeszcze gorszych.

Na tym forum taki, weźmy, reakcjonista Gardien kazał na okoliczność pytań ruszyć głową. A jemu dał odpór za zdradę arcypolak i obrońca moralności Julian. Na to jemu wierszem dogadał Gardien, a Gardienowi Julian, a Gardienowi kitowicz, a Julianowi Gardien. Sakum pakum - pożarli się, a wy, Rewolucja, słuchać i korzystać.

Na tym zakończyło się słowo wstępne red. Szapirowa.

A oto, co, w zamyśle kierownika Centrali, miało stać się materiałem instruktażowym dla Komórki Rewolucyjnej:
 
 
Akt I


Forumowicz krako podaje link do artykułu gajowego Maruchy i listę pytań, zdolną zdenerwować wszystkich, którzy wiedzą, że jedyną dobrą rzeczą, jaka może przyjść ze wschodu, jest słońce.
Gardien zachęca do lektury i refleksji.
Pod adresem gajowego słychać oklaski i gwizdy.
 
 
 
 
 
Akt II


Jeden z gwizdów, autorstwa Juliana, jest zaadresowany na nazwisko Gardien.
Atak jest dokonany przy pomocy znakomitej "Księgi XIII" Andrzeja Waligórskiego i równie dobrej strofy autorstwa Stanisława Michalkiewicza:

Waligórski:
Już się przed Litwą przyszłość rysowała lepsza
Gdy nagle krzyk się podniósł: „Napoleon spieprza!”
Faktycznie, cesarz nawiał w kapciach i w negliżu
„Aj waj – zmartwił się Jankiel – uciekł do Paryżu”.

W tejże chwili od wschodu wśród gromkich okrzyków
W kufajce i w walonkach wszedł kapitan Ryków
I rzekł patrząc życzliwie na szlachtę struchlałą:
„Nu, wot my znowuż razem”. I tak już zostało.
Michalkiewicz:

Następnie wziął Jankiela i na czas pacierza
Zniknął za zamkniętymi drzwiami do alkierza
A kiedy wyszli obaj, Jankiel kroczył z gracją
Bo już na Asesora wziął był nominacją.


Akt III

Gardien:
Julek nasz, co pod drzwiami w tym momencie leżał,
podsłuchiwać miał kończyć, lecz uciec nie zdołał -
udał więc, że jest dywan, co się z laty zleżał,
i by dano mu wiarę, darł się, krzyczał, wołał,


że był tkany w parafii, a nie w Isfahanie,
że nie ręką był zrobion ni Persa ni Turka,
że ksiądz proboszcz go robił, lecz przez używanie
tak się wytarł, że cienki, a gdzieniegdzie dziurka


deskę gołą pokaże, niechaj więc waszmości
zechcą przezeń przeskoczyć, by go nie pogorszyć,
by zeń członki nie wyszły różne oraz kości,
co by mogły wstyd przynieść oraz dziatki zgorszyć.


Rykow zgodny był skakać, chociaż w wieku sile,
Jankiel jednak za stary, aby przypiąć skrzydło,
stanął w środku Juliana i zapytał, ile
przyszło by mu zapłacić za owo straszydło,


za straszydło co zbrzydło i nie cieszy oka
w domu owem szlacheckiem, a i brzydko trąci,
wyłysiałe pośrodku, nitki puszcza z boka,
a co gębę rozewrze - siarką plwa i mąci.


- Słuchać dłużej nie można, lecz ma szablę Rykow,
przyznać się do oszustwa i podsłuchiwania,
czy cierpliwie przetrzymać żydowskich przytykow,
które Jankiel stosował do negocjowania ?


Duma w końcu wygrała, wszak nie puszczał nici,
ani łysym nie budził się pośrodku ciała -
porwał się Julek blady, żeby ci bandyci
nie zabili tej dumy, co i tak ścieniała.


Aj waj! - Jankiel zakrzyknął - dajcie mi cymbały,
żebym dywan wyśpiewał, nim umrę lub zginę -
latające dywany, to Żydy widziały,
ale ten, to nie dywan, to jest myszygine.


Myszygine w istocie, bo pod drzwiami leżał,
kiedy czujność kazała skryć się za kotarą
i do końca posłuchać, dokąd dyskurs zmierzał,
między tym z cymbałami oraz tym z gitarą.


Lecz ma Julek do siebie, czym dziś błyszczy wielu:
machać szablą jak Rykow nie potrafię - myśli,
na grzebieniu bym zagrał, lecz nie przy Jankielu,
trzeba tedy wymyślać, a kto dobrze zmyśli,


tu Ojczyzny domiesza, tam ozdobi Bogiem,
pewność ma, jakby nogę wpuścił w beton świeży,
rozum sobie zakopie i leży odłogiem,
zęby jednym wyszczerza, innym zęby szczerzy,


z jaśkiem Prawdy pod zadkiem, w Racji nogi moczy,
zawsze gotów do zwady, gdy parafia w nerwach,
przez minutę pochwali, a przez trzy popsioczy,
a im mniej coś rozumie, tym w nim większa werwa.
 
Akt IV

Julian odpowiada prozą. Jest złośliwy.



Akt V


Powodowany odruchem serca, wchodzi do gry kitowicz i błyska poetyckim mistrzostwem:

kitowicz:
Gardien wchodząc do izby wprzódy dywan zoczył,
podniósł nogę wysoko by przeleźć zwalisko,
A Pan Julian się przeląkł: Zmoczy czy przekroczy?
Gardien przeszkodę przeszedł. Odetchło chłopisko.


Wtedy Julian się zebrał, spokojny i cichy,
Z kurzu trzepał się chwilę, wyszedł przed chałupę
Ściągnął portki, pokazał Gardienowi [wymoderowano]
I pomyślał: pokora to jest rodzaj pychy.

Akt VI i ostatni


ripostuje Gardien:
Po czym rękę wyciągnął, bo się już obudził,
zimną, mokrą z naczynia, które był napełnił,
zanim jeszcze spać poszedł i się nie utrudził
aby w grządki popędzić, choć był miesiąc w pełni.


Czy pokora to pycha ? - wiedzieć nie chciał teraz,
wytarł piątkę paluszków w swoje nocne giezło,
mruknął - co mam pod sobą, że mnie tak uwiera?
Ach, sumienie nieczyste … żeby ono szczezło!
Od nowa oklaski i gwizdy, Julian tupie, etc.


Władysława






Post scriptum
(1) Niech kitowicz wybaczy mi, że dorzuciłam jedną, jedyną sylabę do jego drugiej strofki. Aby i rytm mógł błyszczeć.
(2) Imię Julian jest zmyślone. Uczyniłam to dla odpersonifikowania debaty, w której prototyp Juliana udziału nie bierze, oraz dla większej płynności zacytowanej wielkiej poezji, której w szkołach prawdopodobnie uczyć nie będą, ale też pośród licznych nieszczęść, które szkołę dotykają, to nieszczęście pozostanie mało widoczne.
(3) Gardien, jest reprezentantem i adwokatem WSBN na forum, na którym doszło do przedstawionej debaty. Istnieje przekonanie, że mec.Gardien i Rozpuszczalnik - to jedno.

28 kwietnia 2010

Z frontu walki z reakcją i Redakcją (176), 28 kwietnia 2010

  
Noc duchów


- A dlaczego kroplówka wyłazi spod koca? - pociągnęła za wąż Tęgodubska.
- Niech pani nie wyrywa pacjentowi sondy z cewki moczowej! - rozległ się krzyk pielęgniarki. - I odsunąć się! Wszyscy!
- Pan się nie martwi, panie Wigorek - cofnęła się o centymetr lokatorka z II piętra. - My panu nieboszczkę od nowa zawołamy. A sens życia wróci z sadełkiem. Pomarańcze przyniosłam.
- Nie trzeba - chrapliwie zapewnił Wigorek. - Sens życia mam już z powrotem. Żona w nocy przyszła i przysiadła, tak na brzeżku, z kompotem. Uśmiechnięta. Aż zachciało mi się do niej. A ona, że jeszcze nie czas. I że mam żyć jak gdyby nigdy nic.
- No to pomarańcze się nie zmarnują - ucieszyła się Tęgodubska. - Księdza Pałkę też tu panu przyprowadzę.
- Był już i powiedział, że jak wyjdę, to mam przyjść na karty.
- I do nas - wpadli sobie w słowo Siadkiewiczowie.
Dozorcostwo trzymało się na uboczu. Jak prawie wszyscy. Fizyczna bliskość rzeczy niepojętej budzi ostrożność. Czy Wigorek wtedy umarł, czy, jak chciał Libero, tylko się przyczaił, nie było jasne. Zwłaszcza, że było ciemno.

- Ale po kolei - jak powiedział skutek do przyczyny.

W ostatnim raporcie wspomniałam, że pomysł ratowania emeryta Wigorka wyszedł z ust pani Mani, żony dozorcy Siadkiewicza, i polegał na pobudzeniu emeryta do życia przy pomocy zmarłej żony. Skoro nie potrafił go wyciągnąć z łóżka nawet charyzmatyczny ksiądz Pałka, to metoda alternatywna narzuciła się dozorcostwu sama przez się. Naturalnie, Siadkiewiczom nie chodziło o ekshumację - stąd też niestosowne drwiny Amam, że nieboszczka miałaby się na tym etapie składać wyłącznie z kolczyków i DNA, wzbudziły niesmak. Powszechne łaskotanie w gardle ustało jak ręką odjął, kiedy wyjaśniło się, że Siadkiewiczom chodziło o "seans spirytystyczny".
W normalnych warunach należało oczekiwać ostrej reakcji ze strony Mikołaja, protestanta drażliwego na punkcie guseł, ale tym razem popisał się inną reakcją, jakby to powiedzieć, ściśle związaną z biustem. Biust pani Mani, obecny w raportach od samego początku, przynajmniej raz w roku narażał się na bezowocne przymiarki staników w supermarketach i znajdował wytchnienie dopiero w krawiectwie bieliźniarskim. O tej reakcji Mikołaja ledwie w ostatnim raporcie napomknęłam - tak delikatna była materia i tak intensywnie kolorowa jego twarz, kiedy popiersie dozorczyni dało się podzielić przez blat stołu na dwie części: dolną domyślną i górną co nieco bezwstydną.

Misterium przywoływania ducha nieboszczki Wigorkowej zostało przewidziane na następną noc. Miejscem zbiórki miał być lokal rewolucyjny, a mistrzynią ceremonii - Tęgodubska.

Mam nadzieję, że Czytelnik wybaczy mi teraz pewne osłabienie rytmu narracji. Jakże jednak pozwolić Tęgodubskiej wysunąć się na pierwszy plan, bez kilku słów na temat jej osoby i pochodzenia. Wszak nikt nie przychodzi znikąd. A jeśli nawet - to jakieś ślady na śniegu życia zostawia.

Otóż Izabela Klementyna Rachela z Rokamienieckich Tęgodubska, wdowa po sanacyjnym generale Hipolicie Tęgodubskim, który zanim zmarł w Wenezueli, do końca odmawiał powrotu do ojczyzny i w każdej korespondencji zamieszczał tajemnicze "dopóki ona ciągnie", urodziła się na kresach, w majątku rodzinnym, w dziewięć miesięcy po fali ataków 1 Armii Konnej Budionnego, które miały miejsce w maju 1920 r. Matka jej słynęła z wrażliwości na mężczyzn, bez względu na ich mundur i religię. Trzecie imię, Rachela, przypadkowe więc być mogło, ale nie musiało. Tym bardziej, że Salomea Rokamieniecka młodość spędziła w Krakowie, gdzie zafascynowana Młodą Polską, nieudolnie prowokowała rozwód Przybyszewskiego z primo voto Kasprowiczową i równie nieudolnie truła się średnio co kwartał.
Dodam, że jeśli Czytelnik poszpera w internecie, to na temat wpływu trojga imion Tęgodubskiej na jej osobowość, znajdzie wyjaśnienia, które w streszczeniu przedstawiają się następująco:
Ustalono, że za imieniem Izabela chowa się osoba zdolna do czynów nadzwyczajnych. Cechuje ją temperament tak żywy, że jedynym lekarstwem na jej znerwicowaną osobowość jest ciepło rodzinne. O to ciepło jest jednakże w jej przypadku niełatwo, ponieważ Izabela bez przerwy i w każdej sprawie poucza swoje bliższe i dalsze otoczenie. A że na ogół posiada zdolności lingwistyczne, to jej dalsze otoczenie jest naprawdę dalekie.
W pewnej sprzeczności do imienia Izabela pozostaje drugie imię Klementyna. Zgodnie z bezstronnymi obserwacjami, Klementyna jest spokojna i łagodna. Jasne więc jest, że gdyby nawet imię Klementyna figurowało w księgach parafialnych na pierwszym miejscu, to Tęgodubska i tak nie dałaby się przywołać do stołu inaczej, niż jako Izabela. Nagrodą pocieszenia dla imienia Klementyna byłaby jednak właściwa mu wierność szczytnym ideałom, pozwalająca jego nosicielce wychodzić zwycięsko z każdej sytuacji. Nawet kiedy ideały zbytnio wyginają się w kierunku niekoniecznie norwidowskiego bruku.
Rachela oznacza z kolei "jagnię, owieczkę" i wprowadza do osobowości lokatorki Tęgodubskiej nowy element, gwarantujący różne dwuznaczności. Kto sobie z tego zda sprawę, przestanie dziwić się, że proboszcz Oleander zwraca się do niej przez "zacna Pani Klementyno", burmistrz przez "Rachel, ty Rachel, ty zmysłów moich szpachel", organista przez "Izabella a capella", siostrzeniec przez "ciotka Salmonella", a reprezentujący niższe warstwy społeczne sąsiedzi - przez niedbałe "Tęgodupska".
Jeśli chodzi o mnie, to ograniczę się do "Tęgodubska", "pani Tęgodubska" i do bardziej wyrafinowanego "pani Bella".

Teraz, kiedy znużony moimi notorycznie długimi raportami Czytelnik będzie musiał stawić czoła kolejnemu, jeszcze dłuższemu - nadeszła pora, abym pokrzepiła jego serce informacją, że oto przystępuję do części ściśle reporterskiej. A w niej - zgodnie z definicją - narzucę sobie żelazną dyscyplinę, zarówno myśli jak i słowa.

Oto już mamy "jutro", jest wieczór i cała Rewolucja podniosła się z łóżek w oczekiwaniu na Siadkiewiczów, sprzęt do wywoływania duchów i panią Bellę.

Czekanie nie jest łatwe w żadnych okolicznościach. Nawet dla skazańca, kiedy bywa, że kat się guzdra albo targuje się o zapłatę.
Każdy człowiek ma swój własny sposób na czekanie. Emisariusz Zylbersztajnow, na przykład, założył świeżą koszulę i kiwnął na Mikołaja. Naprzeciw niego usiadł Hak i też kiwnął. O ile, w chwilę później, widać było Lwa Dawidowicza, jak zwisa nad szklanką i opróżnia ją w zadumie, o tyle Hak przyjmował rzeczywistość pogodnie, a szklance gwarantował szybki obrót. Śpiewał przy tym często i śmiało.
Skoncentrujmy jednak uwagę na Mikołaju, dla którego ostatnie dni były pasmem wyzwań. Filmowe oko Rebka nie mogło nie wykryć Mikołajowych perturbacji, a zwłaszcza tej związanej z lokalną obfitością pani Mani. Siedzący w Rebeku artysta naturalnie wygrał z drzemiącym w nim dżentelmenem, i widzimy, jak Rebek daje upust perfidii i niewinnie pyta: "Ty, Mikołaj, a czy Stary Testament mówi coś o piersiach w okresie sprzed przejścia Żydów przez Morze Czerwone?" Widzimy w konsekwencji, jak przymiotnik "czerwone" przenosi się z morza na twarz Mikołaja.

Wspomniałam, że Hak śpiewał "często i śmiało". Nie muszę dorzucać, że na ogół bez sensu. Ale czy jakikolwiek mężczyzna dba o sens w swoim śpiewaniu, kiedy goli się i w lustrze wykrzywia?


Jako pierwsza, ni stąd ni zowąd, rozbrzmiała strofka o savoir-vivre w strukturach terenowych, kościelnych i państwowych:

Parę minut później dała się słyszeć improwizacja na temat Czerwonego Kapturka:
Wójta cmokać się nie bójta,
w portki wójta pocałujta,
wielebnego - tylko w stułę,
Tuska w krawat lub w Sekułę.

Psa całujta zawsze w szyję,
kota - w mordę, jeśli myje,
astronoma - tylko w lupę,
aha, wójta jednak w dupę.


Durne, ale czy ja tu jestem od krytyki literackiej?
Ściąga majtki, zrzuca łapcie -
jak masz nimfomankę babcię,
pędź Kapturku, ratuj wilka,
bo ostatnia przyszła chwilka

na potwora, co go prawo
broni ciągle tak niemrawo,
że, choć wilka jest pupilka,
babcia może złapać wilka.

Moim zadaniem jest sprawozdawać.

Tym bardziej, że rzeczy jęły właśnie się toczyć z góry na dół, a nie jak dotąd - odwrotnie.
Zaczęło się od walenia w drzwi.
- Jeżis Maria Krucafuks! - zerwał się Mikołaj, ćwiczący swój protestantyzm w pobliżu ojczyzny Jana Husa.
- Ewakuacja! - wrzasnął Hak, już ze szklanką w kieszeni.
- Palić papiery! - zachichotała papuga.
- Skończ Abstynent z cycami - zapiął marynarkę emisariusz - i bądź łaskaw otworzyć.
- Wszystko gotowe? - zabrzmiała od drzwi barytonowa chrypka Tęgodubskiej.
- Tak jest! - automatycznie odpowiedział Lew Dawidowicz. - A co ma być gotowe?
- Kto tu dyryguje?
- Pani Tęgodubska pozwoli - nadążyła za piersiami Siadkiewiczowa. - pan emisariusz tu rządzi. Bardzo porządny człowiek.
- Izabela Klementyna Tęgodubska - wysunęła pierścionki pani Bella.
- Zylbersztajnow, Lew Dawidowicz - musnął je ustami emisariusz. I pozostał w półskłonie, jakby je chciał policzyć.
- Charmant, vraiment charmant - owinęła go w wilgotne spojrzenie Tęgodubska. - A na trzecie mam Rachela - uzupełniła. - Pan wie, moja nieboszczka matka powtarzała, że kobiety wychodzą za blondynów, ale kochają się w brunetach.
- Takie, to wolą iść za łysych - powiało zgryźliwością z klatki.
- Peut-être, peut-être - jęła rozglądać się za głosem lokatorka z II piętra.
- Proszę nami dysponować, Madame! - powrócił do pionu emisariusz.
- Posłuchaj, Lewek, ...- zaprzestała poszukiwań źródła głosu Tęgodubska - O, wybacz mi familiarność, ale w naszym wieku nie mamy już czasu na formy. A więc, posłuchaj, czarny stolik czeka na dole, kreda jest, talerzyk się jeszcze u Wigorka znajdzie, no więc potrzeba będzie tylko tragarzy.
- Tego tu nie zabraknie - zapewnił emisariusz, ze wzrokiem na Mikołaju.
- Ja będę niósł kredę - zapobiegawczo odezwał się Hak.
- A ja klatkę - zgłosił usługi Libero.
- To ja już wolę nieść się sama - burknęła Nadieżda.
- Tak? - zadrwił Libero. - Ciekawe, kiedy ostatnio się niosłaś?
- Parę jajek zniosłam. Jak byłam młodsza - ucięła papuga. - Weźmiesz mnie, Władziu?
- A moja nieboszczka matka miała taką samą arę, Sarę - ucieszyła się Tęgodubska. - Wprawdzie przeżyła naszą Sarę, ale przez lata miała do kogo otworzyć usta.
- I od tego biedna Sara pewnie zdechła - kłapnęła dziobem Nadieżda.

Do Wigorka nie było daleko, ale trochę nam to zajęło. Czoło pochodu stanowiła pani Bella, podtrzymywana przez Lwa Dawidowicza. Pół kroku za nimi dążyło dozorcostwo. Orszak zamykał stół z przyczepionym do niego Mikołajem. Zgodnie z najświeższym poleceniem emisariusza, pewna część okrągłego mebla była podtrzymywana na przemian przez Haka i Libero. Między awangardą a ariergardą maszerowała reszta Komórki Rewolucyjnej i ja z klatką. Do pewnego stopnia również Bazyl, ale tylko tam, gdzie osiedlowy urbanista nie przewidział płotu.

Drzwi otworzyła kluczem zapasowym Siadkiewiczowa. Emeryt Wigorek najpierw wykazał dużą odporność na budzenie, a kiedy odzyskał zmysły, natychmiast je, już z łokciami na czarnym blacie, stracił.
- Panie Wigorek - przystąpiła do rzeczy mistrzyni ceremonii - pan będzie łaskaw trochę się odsunąć i ani mru-mru. Pani Mania siądzie z mojej prawej strony, Siadkiewicz niech przysunie krzesło do Wigorka, pani Władysława zajdzie emeryta od lewej, …
- Nie mogę - wykręciłam się. - Muszę widzieć całość i notować.
- Po ciemku? - zdziwiła się Tęgodubska.
- Dziobem jej poświecę - obiecała Nadieżda.
- My ustawimy się w drugim rzędzie - zaproponowała Amam.
- A kto w pierwszym?
- W pierwszym nikt - odpowiedział Libero. - Przez szacunek dla ducha, pierwszego rzędu nie będzie.
- Ja tam nie przez szacunek, tylko ze strachu - otworzył duszę Hak. - Duchów się boję.
- Ja też, panie Haczku, kiedyś się bałam - wyznała Tęgodubska.
- Za życia? - wyskoczyło z papugi.
- Za życia? - dała się zaskoczyć pani Bella. - Ach rozumiem. Lewek, zaprosisz mnie kiedyś na rosół z tego ptaka?
- Mojego tatusia próbował kiedyś ugotować towarzysz Berman - przyszła z odsieczą emisariuszowi Nadieżda. - Ale tatuś nie poddał się, i nawet kiedy go już opierzonego wkładali do garnka, to tatuś się w ten garnek zesrał.
Pani Bella doznała ataku kaszlu.

(Tu dygresja: Czytelnik pamięta, że Igor Amazonicz, ojciec Nadieżdy, dzieląc biuro z autorem powiedzonka o "zaplutym karle reakcji", został za jakąś słowną nieostrożność skazany na śmierć przez otwarcie klatki i wpuszczenie do gabinetu kota Fiedii. W rzeczywistości tłusty Fiedia pożarł tatusia do ostatniego piórka, więc historyjka z garnkiem musiała zostać wymyślona przez Nadieżdę doraźnie, dla potrzeb chwili.)

Kiedy ustał kaszel, Tęgodubska wypisała kredą na obwodzie stołu 24 litery alfabetu, 10 cyfr oraz słowa "TAK" i "NIE". W samym środku umieściła odwrócony talerzyk i namalowała na nim strzałkę, żeby całość mogła grać rolę "ręki ducha". Zrobiło się ciemno i teoretycznie można było zaczynać; mistrzyni ceremonii przypomniała sobie jednak, że wypadałoby poinformować o wszystkim żyjącego małżonka nieboszczki.
- Panie Wigorek - zaczęła - zebraliśmy się u pana, żeby … panie Wigorek !!!
- Zasnął, kurwa - stwierdził Hak.
- To niech on sobie jeszcze podrzemie, a my z panią Manią sprawdzimy, czy w pomieszczeniu nie ma jakichś talizmanów czy innych pentagramów, bo duchy tego bardzo nie lubią i się płoszą.
- Krzyż wisi - naskarżył Jojo.
- Ojojoj - zmartwiła się mistrzyni. - Przepisy krzyża nie przewidują. Ojojoj!
- Darowałaby pani sobie - zdenerwował się Jojo. - Jojo jestem, a nie Ojojoj.
- Zrób coś, Lewek - zniecierpliwiła się pani Bella - żeby pan Ojojoj czy inny Jojo się zamknął.
- Zamknij się, Jajo - polecił emisariusz Zylbersztajnow. - Tak, jak pani Tęgodubska sobie życzy.
- Pani Tęgodubska ! - przybrała ton kapryśnej dziewczynki pani Bella. - Lewek, przecież przeszłam z tobą na ty.
- To jak mam mówić?
- Klimcia - podsunęła papuga.
- Boże broń! - odkrzyknęła pani Bella. - Dla Lewka, to ja mogę być Iza. Albo lepiej Rachela.
- Słyszysz, Lewek? - zadrwiła Nadieżda. - Tylko pilnuj się i nie pożryj Rachelki.
- Sza, Nadiusza - polał olejem wzburzoną papuzią falę emisariusz - tak ty jeszcze pana Wigorka obudzisz.
- To co robimy z krzyżem? - uczepił się Jojo.
- Z krzyżem na ścianie nic - wycedził Zylbersztajnow - Ale w swój krzyż, Jajo, to za chwilę dostaniesz kopa.
- Trzeba zapalić świece - zmieniła temat pani Bella. - Aha, bardzo ważne: jeśli ktoś jest pod wpływem środków odurzających, musi opuścić mieszkanie.
- Nikt nie jest pod wpływem - uniósł ramię Hak. - Ani ja, ani Lew Dawidowicz.
- Mało nie! - zirytował się Mikołaj. - Całe popołudnie obaj się odurzali Stoliczną. Nalewałem, to wiem.
- Nalewać i wiedzieć, to dwie różne rzeczy - wściekł się Hak. - A dla takiego, co tylko o cycach myśli, to już nie mówię!
W nagłej ciszy dał się słyszeć tylko oddech dozorczyni.
- Przykryj się trochę, Mania - podrzuciła jej chustę Tęgodubska. - Jak rozumiem, nikt nie jest odurzony powyżej jednego promila.
- Powyżej trzech na pewno nie - dał słowo Hak. - Mogę Lwu Dawidowiczowi chuchnąć.
- Obejdzie się - odrzucił pomysł emisariusz. - Budyń jadłem i nie chcę zmieniać smaku.
- Wszystko więc gotowe - stwierdziła mistrzyni ceremonii. - Kto siedzi przy stole, położy teraz palec wskazujący na talerzyku, a ja się zajmę duchem.
W tym momencie usłyszeliśmy hałas. Dochodził gdzieś z tyłu i był nieprzyjemny.
- Wszelki duch! - głucho jęknęła dozorczyni.
- Czy to ty? - wyartykułowała Tęgodubska. Starannie, jak gdyby pytała obcokrajowca.
- Żaden duch - wyjaśnił Hak. - To tylko Amam zemdlała.
- Polejcie ją czymś i nie przerywajcie, bo czuję kontakt - zadrżał głos mistrzyni ceremonii. - Teraz będę mówiła "Duchu, jeśli jesteś z nami, daj nam jakiś znak albo porusz talerzykiem". Jak duch się pojawi, to zrobi się zimno.
- Mnie już jest zimno - szepnął Hak. - Masz coś do picia, Rebek?
- Pierdul się - odszepnął Rebek - Ja teraz filmuję w podczerwieni.
- Kiedy duch przyjdzie - ciągnęła mistrzyni - trzeba go będzie sprawdzić przez chytre pytania. Może się też zdarzyć, że duch nie będzie chciał rozmawiać.
- Jakby tu był Szapirow, to by ducha przymusił - odezwała się papuga. - Prądem albo obcęgami.
- No, nie wiem - przerwała jej Tęgodubska. - A jak miał duch na imię? Muszę wiedzieć, kogo wołam.
- Stefa jej było - poinformowała dozorczyni.
- Widzę ducha w podczerwieni - rozkrzyczał się zza kamery Rebek.
- Gdzie?
- Koło okna, na podłodze.
- To Amam - wyjaśnił Hak. - Polałem ją, ale ciągle leży.
- Za wcześnie, panie Rebku kochany, jeszcze Stefanii nie wywołałam - podjęła się zaprowadzenia porządku mistrzyni ceremonii.
- A nie uważacie - zauważyła papuga - że należałoby jednak Wigorka obudzić?
- Naturalnie, naturalnie - dała zlecenie budzenia mistrzyni ceremonii. - Pan Siadkiewicz będzie łaskaw.
- Józek - potrząsnęł emerytem dozorca. - Żona chce z tobą mówić.

W Wigorku coś się wydarzyło, a ściślej - coś się w nim zaczęło trząść. W jego sen musiała wtargnęła nadzieja o natężeniu, którego nie zniósłby nawet nie mający pojęcia o prawdziwej miłości nastolatek. Oto z nieskończonych czarnych korytarzy nadbiegła kobieta, z którą Wigorek dzielił swoje niewielkie przykrości i jeszcze mniejsze przyjemności przez całe dziesiątki lat. Kobieta o uśmiechu z pierwszej randki, kiedy, jako jedyna na trzecioligowym meczu nie skakała do góry, tylko patrzyła na niego, a on widział w jej oczach przyszłość czystą i pogodną jak piaszczyste dno rzeki, jak otwarte niebiosa z parą bocianów, jak łąkę w maju...
- Stefa, Stefa! - zawołał Wigorek i uniósł się, niezgrabnie jakoś i niesymetrycznie. Po czym chwycił się za szyję i razem z krzesłem przewrócił.
- Pogotowie - krzyknęła Nadieżda - natychmiast. A ty, Lowa, rób masaż serca.

Pod rękami emisariusza, emeryt Wigorek wydawał się dziwnie mały, przywiędły i podniszczony.
- Nie dam za niego pięciu dolarów - mruczał lekarz, kiedy pierwszy z wynoszących nosze sanitariuszy otworzył sobie nogą drzwi na klatkę schodową. - Jest tu ktoś z rodziny?
- Nie ma - odpowiedziała Siadkiewiczowa.
- Jeśli nie liczyć ducha … - zaczął Hak, ale przerwał, kiedy Lew Dawidowicz stanął mu na nodze.

Nikt się nie ruszał.
- Jak już mamy tę całą logistykę - zgłosił się z pomysłem Libero - to może by teraz wywołać ducha Wigorka? Niech sobie pogadają ze starą we dwójkę.
- Powtórz to - ostrzegł go emisariusz - a będziemy twojego ducha wołali
- W rodzinie męża na wsi zabili świnię, to zapraszamy do nas na stypę - odezwała się Siadkiewiczowa.
Propozycja zawisła w powietrzu.
- Ze Świętym Piotrem teraz Wigorek w karty pogra - zamyślił się dozorca.
- Ja bym jednak zadzwoniła na pogotowie - zaproponowała papuga.
- No, a nuż zipie? - uczepiła się papuziej nitki pani Mania.
- Do kostnicy na pewno nie - poinformowało pogotowie. - Odwieźliśmy go do szpitala pod wezwaniem Komitetu Obrony Robotników. Jeszcze dychał.
- Jest na intensywnej terapii - odpowiedział szpital. - Rodzina może przyjść najwcześniej za dwa dni.
- Śpi jak kanarek - odłożył słuchawkę Lew Dawidowicz.
- Jak śpi, kiedy umarł - zdziwił się Hak. - Sam widziałem. Jakby z mauzera dostał.
- A może, cwaniak, bał się starej - wychylił się Libero - i najpierw udawał, że śpi, a na koniec udawał, że się przekręcił.
- Jakby udawał - obejrzał poklatkowo koniec nagrania Rebek - to by nie padał na nos.
- Fakt, nos miał na noszach czerwony jak kalafior - zajrzał mu w kamerę Hak. - Chociaż czerwone kalafiory, to były tylko w Związku Radzieckim.
- Co się stało? - oprzytomniała Amam.
- O, Mossad wchodzi do akcji - zadrwiła Nadieżda.
Dozorcostwo wybałuszyło oczy.

- To łap się za stół, Libero - podniósł się emisariusz Zylbersztajnow.
- Dlaczego ja? - przejechał chustką po butach Libero.
- Jajo ci pomoże.

Wracaliśmy w szyku odwrotnym. Wprawdzie na czele znowu widniał Lew Dawidowicz, ale za to pani Bella i Siadkiewiczowa dreptały na samym końcu, podtrzymując jedna drugą. Tuż przed nimi szedł dozorca i po ciemku nawoływał "Bazyl, Bazyl". Nie było nam z Nadieżdą do śmiechu, ale co jakiś czas parskałyśmy, bo oto w tej czarnej nocy, na niesionym przez Jojo i Libero czarnym stoliku spał sobie kot Bazyl, jak w swojej lektyce cesarz bizantyjski Bazyli I, zwany Macedończykiem. Czy spał naprawdę, czy udawał, tego nie miałam zamiaru sprawdzać - futrzany obwarzanek zachowywał formę nienaganną i mimo przechyłów stolika, aż do samego domu nie przesunął się nawet o centymetr.
Na miejscu zaś, zachował lordowskie maniery i nie dał się sprowokować tragarzom, którzy, kiedy pojęli, dlaczego stolik dużo ważył, głośno i wielokrotnie zwątpili w dobre prowadzenie się jego kociej matki.

Zanim jeszcze zapaliło się światło w oknie Izabeli Klementyny Racheli Tęgodubskiej, z dozorcówki wypadł Don Ciccio. Rottweiler najpierw pyskiem odsunął kota, potem podyszał przez chwilę przy mojej spódnicy, a następnie oddał się chaotycznemu joggingowi.
Minęło parę minut i rozbłysły okna Komórki na Wysokim Piętrze. Noc była chłodna, ale oboje z Bazylem nie śpieszyliśmy się. Jakby zdziwiony tym, Cycek zatrzymał się, ale musiał uznać, że wszystko gra, bo wznowił trening.
- I co, Bazyl? - zwróciłam się telepatycznie do kota. - Wygląda na to, że Wigorek z tego wyjdzie.
- Był moment, że miałem stracha - nadał Bazyl. - Aż mi się w drodze powrotnej płotów odechciało.
- Mnie też - zgodziłam się co do płotów. - To co - spoważniałam - pojutrze pójdziemy powiedzieć panu Wigorkowi "dzień dobry".
- Miau - odpwiedział w swoim języku Bazyl.


Zamknijmy teraz pętlę czasu i wróćmy do szpitala.
Staliśmy tak jeszcze przez chwilę przy łóżku, aż zażenowany swoją nieporadnością emeryt zwrócił się nagle do mnie:
- Ach, pani Władziu, trzeba mnie było widzieć pięć lat temu.
- Jeszcze tak pana zobaczymy, panie Wigorek.
- Wigorek z pana, panie Wigorek - niespodziewane i bez autoryzacji użyła mojej formuły Siadkiewiczowa.
- A pani to się odsunie - znowu napomniała Tęgodubską pielęgniarka.
- Pójdziemy już - uprzedziliśmy chorego.
Niepotrzebnie. Emeryt Wigorek już spał jak dziecko. Jak stare dziecko, ale miał na twarzy tę pogodną ufność, jaką mają na buziach opite mlekiem niemowlęta.
- Chodźmy - musiał odgadnąć moje myśli Hak - bo jak dziadek narobi, to nam każą pampersa zmieniać.
- Do jutra, panie Wigorek - szepnęłam w drzwiach. Bardziej do siebie samej.

Władysława

3 marca 2010

NDC 2

WSBN ma przyjemność oferować Państwu NDC 2 (Nagrodę Dla Cierpliwych nr 2).

Do tej pory myśleliśmy, że zaczęło się tak:
Break dance, New York

Prawdziwe źródła breakdance  jednak tutaj (video):




* widziane również na forum FRONDY (XIII)

23 lutego 2010

Z frontu walki z reakcją i Redakcją (175), 23 luty 2010

*
Spirytyzm i spirytualia

Podobno są rzeczy, o których się filozofom nie śniło.
Naprawdę?
No, to przyjrzyjmy się wyczynom filozofii od czasów kamienia łupanego i zastanówmy, jakie też filmy mogły się filozofom po nocach wyświetlać. Mnie wystarczyła minuta, abym na głos krzyknęła. A tego, czy napisałabym od nowa pierwsze zdanie, to nie wiem teraz nawet ja sama. Takie to wesołe filmiki! Gdyby miano je pokazywać, to na każdym afiszu stałoby "od 18 lat", a to oznacza, że jeśli mamy nieletnie potomstwo, to na babysitterów poszłyby nasze oszczędności oraz dobra na Ukrainie.

W takim razie, po co mi był ten wstęp? Odpowiadam całym zdaniem : ten wstęp był po to, żeby Czytelnika zaciekawić i wprowadzić w taki stan, w którym wszystko jest możliwe i nic nie jest nudne. Ja już w nim jestem. Gdyby mi ktoś rok temu powiedział, że będę świadkiem wywoływania ducha postemerytalnego, to musiałabym brać proszki cały rok, a tak tylko przez jeden wieczór. W dodatku nie proszki, tylko cocktail Margerita.

Rozważając rzecz od strony teoretycznej, na ślad nadchodzących wydarzeń powinna mnie była już wczoraj naprowadzić dochodząca z łazienki pieśń. Śpiewał Hak, a refren brzmiał :
A najlepiej, wszyscy wiecie,
to kobiecie jest w powiecie.
Każdy widzi, że związki tej pieśni z sensem były żadne. I to właśnie powinno mi było dać do myślenia. Przecież wiem, że wymiar mitologiczny bywa czasem ukryty w fakcie tak lekkim, jak piórko puchowe kanarka z dziecięcego albo kociego snu.
Teraz, świadoma programu dnia, wspinałam się po schodach, omotana ciekawością i tym stale towarzyszącym mi przekonaniem, że kiedy wszystko jest pod kontrolą, to jeszcze w kominie coś zawyje.

- Ale, po kolei! – jak w Auchan, na widok kilku osób przy papierze toaletowym, wrzasnął świeży wdowiec, kiedy po raz pierwszy od stanu wojennego poszedł na zakupy.

Zaczęło się banalnie. Było wcześnie rano, mniej więcej na godzinę przed obiadem, przewidzianym na drugą.
Rozpoczęło się rutynowe zebranie Komórki. Uwaga Rewolucji skupiła się na ręce Mikołaja, przedłużonej o butelkę Stolicznej. Chodziło o pierwszą kolejkę i koncentracja była absolutna.
Kiedy nagle zadzwoniło.
- Otworzyć? – zawiesił rękę Mikołaj.
- Lej, kurwa – był zdania Hak. – Jak kocha, to poczeka.
Odpowiedział mu szmer poparcia.

- A teraz, Abstynent, przynieś nam coś na ząb – wypił i powąchał chleb emisariusz Zylbersztajnow. – Libero otworzy.
Libero zaczął się przyglądać krzesłu, jakby nie było ubezpieczone od kradzieży. Ale posłusznie otworzył.
Powiało dziwnością - od dzwonka minęło ledwie 10 minut, a za drzwiami nie było nikogo.
- Wszelki duch Pana Boga chwali! – jęknął Rebek, który w dzieciństwie odebrał staranne wychowanie.
- I ja też chwalę – ulżył Rewolucji Siadkiewicz.
Z półpiętra.
– Nikt nie otwierał, to poszedłem po Manię, bo baby się na tym lepiej znają. Dzień dobry pani papuzieńce! - pozdrowił selektywnie.
- Ja też jednego nie odmówię – wepchnęła męża do środka dozorczyni.
- A właśnie chcieliśmy zaproponować – zorientował się Lew Dawidowicz.
- Kiełbaski podgrzałam. Baranie, to wszyscy zjedzą.
Garnek z kiełbaskami i popisem tolerancji wobec koszernej mniejszości etnicznej tak pachniał jednym i drugim, że nie można mu było pozwolić na stygnięcie.

Był czas, aby Rewolucja okazała zainteresowanie przyczyną wizyty.
- O emeryta Wigorka chodzi – zagaił Siadkiewicz.

Pora otworzyć pewną parentezę.
Czy po długiej przerwie w raportach Czytelnik pamięta jeszcze emeryta Wigorka? Tego, który od lat, na moje "Ale wigorek z pana, panie Wigorek" nieodmiennie odpowiadał "O, trzeba mnie było widzieć 5 lat temu, łaskawa pani". Tego, który w 2005 r. tak zwierzał się: "Sens życia zgubiłem. Nieboszczka ostatniego marca zeszła. Oglądam M jak miłość, jak kiedyś z nią, ale bez niej, to M bez miłości. Jak odmawiam różaniec z Radiem Maryja, to słyszę jej głos i zamiast odmawiać, płaczę. Taki stary i wstyd. Jak idę na spacer, to nawet w lecie wszystkie liście są jesienne. Kaczki przestałem karmić na stawie. A w nocy najgorzej. Włażę do łóżka i jakbym czuł jej ciepło, i coś mnie czasem w nocy przykryje, sam nie wiem co, i pytam - to ty ? - i słyszę jak drzwi od sypialni się cicho zamykają... "

Czytelnik zrozumie, że nastawiliśmy uszu.
Obowiązki narracyjne przejęła na siebie pani Mania.
- I znowu Wigorek stracił sens życia. Na karty nie przychodzi i jeść nie chce. Ani wypić. Księdza z łóżka przyjął, ale obrazek, jak ksiądz zostawił, tak leży. Leży jak Wigorek. Doktor Pałka mówi, że to depresja i że nic, tylko trumnę zamawiać. A ja sobie ze starym myślę, że jak Pałka na nic i Kościół na nic, to czas na Wigorkową.
- Przecież z niej już tylko DNA zostało – otrząsnęła się Amam. - I kolczyki.
- Od agentów Mossadu taktu się nie wymaga – nie wytrzymał Mikołaj. – Ale są granice.
- Zaraz, zaraz - włączył się Rebek - Jest wporzo. Jak Wigorek te kolczyki na szkielecie zobaczy, to kopnie w kalendarz i nie będzie się męczył. A ja to sfilmuję i nie takie Grand Prix w Cannes dostanę, jak za bobry w Biberstadt.
- Bardzo wątpię - zdecydowała się na interwencję Nadieżda - żeby państwu Siadkiewiczom chodziło o potrząsanie kolczykami.
Papuga, od powrotu do Warszawy, odzywała się rzadziej. Pierwszy raz w życiu dane jej było szybować w Amazonii przez ponad rok i powrót do zimnego klimatu wywołał w niej uczucia, jakich, w przeciwnym kierunku, mógłby doznać pingwin, wrzucony do sauny.
- Serdeczne dzięki pani papuzieńce - wysłał ptakowi wiązankę uśmiechów dozorca.
- O to to! - dorzuciła asparagus dozorczyni.
- W dodatku - odłożyła nostalgię na później Nadieżda - nietrudno zgadnąć, że państwu Siadkiewiczom chodzi o seans spirytystyczny, który nie pozwala widzieć, a tylko słyszeć, co jest nieskończenie bardziej estetyczne.
- Brałem kiedyś w czymś takim udział - poinformował Hak. - Budionnego żeśmy wywoływali. W czterdziestym szóstym, jak Hitler podchodził po Moskwę.
- W czterdziestym szóstym? - zadrwił Rebek. - Masz chyba na myśli Napoleona.
- Nie pamiętam dokładnie - przyznał się Hak. - No i tego, Siemiona Michaiłowicza, wołamy, a...
- Coś mi nie pasuje - zaczął poszerzać wyrwę Rebek - w czterdziestym szóstym, to Budionny w najlepsze żył.
- Tak jest - potwierdził po paru sekundach Hak. - To pewnie dlatego tak machał szablą po ciemku. O co ci kurwa chodzi?
- Kurwa o to, że Budionny umarł 26 października 1953 r., a żywy Budionny na okrągły stolik byłby odporny. Jak nie wierzysz, to zapytaj Tęgodubskiej czy mojej Womitowiczowej.
- Jak Womitowiczowa raz próbowała wywołać ducha Tęgodubskiej - wtrącił się Siadkiewicz - to Tęgodubska zadzwoniła do mojej Mani, czy nie ma czegoś na łaskotki, bo spać nie może. Ale ciągle żyje.
- A Siemion Michaiłowicz umarł nie 26 października, tylko 31 listopada - nie popuszczał Hak. - Podawałem mu nocnik, to wiem.
- O ile wiem, to listopad, podobnie jak październik, ma 28 dni - piłował Haka Rebek.
- No ale umarł, czy nie? - próbował się za coś złapać Hak.
- Umarł - ucięła dyskusję Nadieżda.
- Umarł - dołożył poświadczenie zgonu emisariusz Zylbersztajnow.
- Czy nie macie Lwie Dawidowiczu wrażenia - smakował swój triumf Hak - że Mikołaj się opierdala i dozorcostwo siedzi o suchym pysku. To jest gardle.
- Coś dla państwa Siadkiewiczów! - zaanonsował protestant i wegeterianin z kuchni.
Po czym ukazał się z wuzetkami i nową butelką.
- Małego kieliszeczka wuzetki nie odmówię - pochyliła się do przodu Siadkiewiczowa.
Blat stołu podzielił jej piersi na dolne i górne, ale więcej zostawił na górze.
Mikołaj poczerwieniał.
- Ładny sweterek, co? - powróciła do pionu dozorczyni. - Stary mi kupił. Jakby pan Abstynent życzył, to powiemy gdzie.
- Ten jeden mi wystarczy - wysycił głębię swojej czerwieni Mikołaj.
- A pan Abstynent to musiał po śniegu się nabiegać - podebrała od dołu swoje popiersie Siadkiewiczowa. - Takich kolorów dostał, że pozazdrościć.
Z Mikołajem zaczęło coś się dziać i wypadało zareagować. Ubiegł mnie jednak Lew Dawidowicz.
- Jeśli nasz kochany gospodarz z małżonką uważa, że panu Wigorkowi pani Wigorkowa potrzebna, to trzeba mu to załatwić.
Kiedy, jak i co - zaraz do tego przejdziemy, a na razie po kieliszeczku na powitanie wiosny za dwa miesiące.
- Nalej za mnie, Libero - poprosił Mikołaj i sprawił wrażenie zainteresowanego podwórkiem. Z obowiązków kronikarskich nastawiłam uszu. Cicho recytował coś, co przypominało psalm, ale psalmem nie było. Oj, nie.
O, Jeru-zalem, miasto!
O ty miasto - niewiasto!
Wietrze suchy, gorący,
wietrze ogniem ziejący!


Kto nad stołem cię ujrzał, ten owoców nie ruszy.
Kto pod stołem zgadywał twoje grusze, ten w duszy,
słodycz ujrzy, i marzeń poukłada bierwiona
i zapali, i skona


Kto cię ujął w swe dłonie, ten umiera, ten tonie,
ten za tobą tam pójdzie, gdzie miłości nie umknie,
ten w cierpieniu rozpuści dni, co jeszcze zostały,
odkąd przestał być mały


O, ty miasto wysokie, w drzewach całe oliwnych
na swych stokach brzemienne, jak me ciało kamienne,
tą miłością, co zwleka, nim zabije człowieka,
gdy zeń życie wycieka


O, Jeru-zalem, miasto!
O, ty miasto - niewiasto!
Wietrze suchy, gorący,
wietrze ogniem ziejący…
Poczułam się zawstydzona.
Jak jednak mógłby Czytelnik ujrzeć grę ciemnych świateł w mrocznej duszy protestanta Dnia Siódmego, skonfrontowanego z biustem dozorczyni, mocno osadzonym w moralnych realiach XXI wieku, a zarazem w kanonach estetycznych sprzed dwustu lat, gdyby nie ta moja szorstka niedyskrecja?
Otrząsnęłam się.

Przy stole omawiano szczegóły, które ezoteryczną przestrzeń wypełniały i wysycały konkretem, którego nie przewidziałaby armijna intendentura przed ofensywą. Seans miał się odbyć w mieszkaniu emeryta, przy jego pełnym zaskoczeniu. Okrągłym stolikiem, świeczkami i wszelką spirytystyczną logistyką miała się zająć dozorczyni, przy ewentualnej współpracy wspomnianej lokatorki z II piętra, znanej Czytelnikowi pod wymagającym starannej wymowy nazwiskiem Tęgodubska. Bezpośredniej komunikacji z duchem podjął się Hak, powołujący się na doświadczenie zdobyte w kontaktach ze zmarłym 31 listopada twórcą Pierwszej Konnej, Budionnym. Do seansu miało dojść jutro (nie zapominajmy, że to jutro jest dzisiaj, a dzisiaj - to było wczoraj). Zostało wyraźnie zastrzeżone, że nikt nie powinien wypić więcej "niż trzeba", oraz że kobiety, z wyjątkiem papugi, powinny być ubrane na ciemno, żeby nie zgorszyć ducha, który powinien być "na luzie, ale w skupieniu i w nastroju".

- Przestań się gapić i mamrotać, Abstynent - zakończył omawianie spraw emisariusz Zylbersztajnow i nakazał Mikołajowi ruszyć to, "na czym Mikołaj by siedział, gdyby nie stał, za przeproszaniem kochanej gospodyni domu i naszej Władzi".

Niech mi Czytelnik wybaczy, że na tym zakończę niniejszy raport.
Doszły do mnie skargi, jak na przykład ta:
"Wczoraj wieczorem zabrałem się za czytanie raportu nr 174, ale na dwudziestej stronie usnąłem i do tej pory nie potrafię się przebudzić. Nie wiem, jak ja teraz się dowiem, co było dalej. Niech pani autorka będzie taka dobra i poda przepis na jakiś nowy koktajl albo cocktail, zamiast żebym denerwował moją żonę długością".
Przypomnę jeszcze tylko, że akcja tego raportu zaczęła się w momencie, kiedy szłam po schodach w górę, relacjonując, co się wydarzyło wczoraj, a kończy dokładnie teraz, kiedy w towarzystwie kota Bazyla idę po schodach w dół. "Schodami w górę, schodami w dół" - przypomina mi się tytuł powieści Michała Choromańskiego. Jestem zmęczona wydarzeniami, które wydarzyły się między tym "w górę" i tym "w dół", ale - jak już uprzedziłam, tym wydarzeniom poświęcę osobny raport.
Żarówki na piętrach i półpiętrach rzucają światło niepewne, jakby chciały przypomnieć, że te nowe, oszczędnościowe, będą świeciły jeszcze gorzej. Bazyl zbiega przede mną w milczeniu, bez najmniejszej ornamentyki ruchowej. Rzeczy wydają się proste i zimne. Pachnie rozkładającym się śniegiem i wilgotnym drewnem.
Jestem już blisko drzwi wyjściowych i jest to ostatni moment, żebym uprzedziła Czytelnika, że nastrój przyszłej relacji nie będzie miał z tą wilgocią wiele wspólnego.
Wyjaśnienie to wydaje mi się tym bardziej potrzebne, że, mający wystarczająco dużo własnych problemów, Czytelnik mógłby machnąć ręką i zrezygnować z lektury. A to sprawiłoby mi prawdziwą przykrość. Równie wielką jak, nie zawaham się tego powiedzieć - niezasłużoną.

Władysława

19 lutego 2010

NDC 1

WSBN ma przyjemność oferować Państwu NDC 1 (Nagrodę Dla Cierpliwych nr 1).

 

Ten obrazek zapowiada coś strasznego i pięknego, więc click...

6 lutego 2010

Z frontu walki z reakcją i Redakcją (174), 6 luty 2010

*
Powrót z Paramaribo i afera z Komisją


I tak oto, z bijącym sercem, znalazłam się na podwórku kamienicy. W geometrycznym środku, między ponurymi ścianami, znajdował się dozorca Siadkiewicz i manipulował urządzeniem do odgarniania śniegu, w postaci dykty na łopacie. Dykta była płaska, moja głowa z wrażenia pusta, niebo szare, śnieg przybrudzony, a w powietrzu zimna filozofia, typowa dla dni bez dobrych wiadomości meteorologicznych.

Robotami kierowała pani Mania. Ręce miała wolne, więc to w jej objęcia, po krótkim sprincie, trafiłam w pierwszym rzędzie. Dozorca niewiele się spóźnił, ale że nie wypuścił z ręki szufli, to, aby oddać urodę sceny, będę musiała uciec się do terminologii baletowej. W ten sposób moje pas de deux z panią Manią, dzięki zgrabnemu skokowi dozorcy, tak zwanemu pas de basque, przeszło w pas de trois. Pas de trois byłoby bliskie ideału, gdyby nie łopata. Kiedy jednak skupiliśmy się ciaśniej, a łopata przywarła do nas, jak by to ona była za mną stęskniona najsilniej – zaczęliśmy przypominać prawdziwy corps de ballet, w trakcie oddawania się eleganckiej choreografii do muzyki współczesnej.

Kiedy już mieliśmy się rozdzielić, nasz zespół uległ niespodziewanemu wzbogaceniu. Oto rozległ się odgłos glissade i swojego entrée dokonała solistka, natychmiast rozpoznana jako lokatorka z II piętra, niejaka Tęgodubska. Po chybionej próbie uchwycenia się nas, Tęgodubska zrezygnowała z kontynuacji glissade i dała pokaz sekwencji mouvements w śniegu, czyli niejako par terre. Niestety, wraz z jej przybyciem, o Jeziorze Łabędzim nie było już mowy, a to, co nastąpiło, było gwałtowne jak podbiegunowa wersja West Side Story.
Po pół minucie lokatorka przerwała występ, zidentyfikowała w śniegu beret i zaczęła oddalać się krokiem przypominającym Parademarsch, w wersji ulubionej przez niejakiego Adolfa H.
- Dzień dobry, pani Tęgodubska – pośpieszyłam z pozdrowieniem, starając się o dźwięczną dykcję w okolicach litery "b".
- Proboszcz się dowie, proboszcz się dowie! – wykrzyczała Tęgodubska i zniknęła.
- Co jej jest? - zapytałam.
- Oj, pani Władziu, żeby pani wiedziała, co ona tu na pani temat wygaduje – wskazała mężowi świeżą zaspę dozorczyni. – Nawet papier na panią po klatce przyklejała.
- Podobno nie przyjęła pani naszego proboszcza na kolędę – odłożył lodołamacz Siadkiewicz.
- Bo byłam w Ameryce Południowej! – zdziwiłam się. – A poza tym, mieszkam w innej dzielnicy.
- I że bierze pani na grypę homeopatię i że jej siostra, znaczy ta, co wyszła za starego Klaputa spod dwójki, widziała, jak pani zadawała się w rozmowie z dziwką Carmen i z tym czarnym z Łajkiki. Bo jej siostra tam sprząta.
Stało się jasne, że siatka wywiadowcza Tęgodubskiej wyszła poza kamienicę i że jej agentka z Waikiki Yoruby nie polubiła.

- Pójdę już, bo na górze czekają na mnie – powiedziałam. – A Bazyl? Co z Bazylkiem?
- Bazyl musiał coś słyszeć od pana Lwa – odpowiedziała Siadkiewiczowa – bo rano nie wyżarł Cyckowi z miski, tylko poleciał na schody.
- O właśnie, a Cycek? Chciałam powiedzieć, Don Ciccio?
- A gdzieś go tu widziałam z Sylwkiem – zwilżyła głos pani Mania – Teraz, kiedy zimno, to nasz Cycek wychodzi tylko, jak go przydusi.
- Jemu to na poduszce dupę trzymać wolno – rozżalił się dozorca.

Skierowałam się w stronę klatki schodowej.
Oto pętla miała się zamknąć. Raport nr 173 zawiesił się w momencie, gdy zaczął trąbić taksówkarz. Było to rok i cztery miesiące temu. Ale teraz, kiedy rewolucja światowa i jej bieżące zagadki od nowa rozwijały przede mną dywan, musiałam wstąpić nań bez wahania. Więcej, wypadało zadbać o poziom adrenaliny, adekwatny do euforii, której postanowiłam ulec. W poczuciu misji, nałożonej mi przez WSBN, z miłości do Czytelnika i, last but not least, dla własnej przyjemności.

W miarę jak mentalnie rozpędzałam się, precyzował się w mojej podświadomości pewien obraz, a ja, jak maszynista parowej lokomotywy, wrzucałam do jego wnętrza coraz to nowe barwy i coraz to gęstsze dźwięki. I tak, pojawiło się tło, o konturach nieostrych, zrazu rozmyte w pastelowej mgle, aż wyrzuciło z siebie pierwszy plan, który wypadł mi na spotkanie, rozedrgany od rytmów i kolorów. Pojawiły się na nim obrzmiałe, mleczno-zielone balony i zaczęły pękać, tryskając wiązkami tropikalnych kwiatów. Z mgły wypadły czekoladowe dziewczyny, kontrastujące z wielkimi, nieruchomymi sylwetkami w białych i złotych maskach weneckich. Nagle rozgadały się bębny i eksplodowała samba. Zewsząd napływał karnawał, o zapachu rzadkich drzew tak silnym, że musiałam zatrzymać się i pośpiesznie przerzucić najbardziej ryzykowne strony w katalogu rzeczy niestosownych, który mam zawsze pod ręką.
Niech mi Czytelnik wybaczy to falowanie bioder, tak niespodziewane w północnym klimacie, ale czyż jeszcze kilka dni temu, z pirogi zanurzonej w wodzie czystej i ciepłej, nie słuchałam radości i płaczu gitar? Z kwiatem we włosach i dreszczem w duszy, niespokojnej, bo świadomej nowych zadań...
Tymczasem rzeczywistość spokojnie czekała i miała zamiar przywrócić znaczenie dekoracjom.

- Ale, po kolei – jak mruknął niskopłatny pianista, wysyłając pierwszy dźwięk gamy C dur.
Ja zdecydowałam się na sonatę C mol. Jej pierwszy dźwięk czekał na mnie na pierwszym piętrze, przy framudze drzwi do gabinetu ginekologa Szczywąsa. Dźwiękiem tym był Bazyl, adorator papugi Nadieżdy i mój wypróbowany przyjaciel. Kot musiał nie znać dnia ani godziny, bo siedział "po ludzku", oparty o ścianę, i drapał się po szyi przy pomocy jednej z tylnych łap. Co jakiś czas robił przerwę i, z łapą w powietrzu, coś sprawdzał w rejonie uważanym za wstydliwy. Zamarłam i wycofałam się. Kiedy hałaśliwie wróciłam, Bazyl zerwał się, otoczył aurą w rodzaju "No nareszcie, bo mi już kwiaty więdną!" i miaucząc przypadł mi do nóg. Przez chwilę wycierał się o mnie i mruczał, aż odegrał błyskawicę i zniknął.

Odnalazłam go przed drzwiami do Komórki. Leżał w poprzek, jakby chciał mnie ostrzec. Kiwnęłam mu głową i zamiast korzystać z klucza, nacisnęłam dzwonek. Moją uwagę zwróciła ławeczka, na której siedział Sylwester Apolinary, znany w Komórce jako "gówniarz od Siadkiewicza". Junior zaanonsował mi zwięzłe "dzień dobry" i ostro przyciągnął Cycka, wspomnianego przed chwilą rottweilera, z papierami na nazwisko Don Ciccio. Pies musiał ograniczyć się do powitalnych pisków i spojrzenia, za które doświadczona suczka oddałaby ostatnią puszkę Grancarno spod świątecznej choinki.

Otworzył mi osobnik łysy, z jednodniowym zarostem na nalanej gębie, bez krawata, w koszuli wypuszczonej na spodnie pod ciemną marynarką w pionowe prążki. "Skąd ja znam tego typa?", rozbłysło we mnie pytanie, natychmiast wypchnięte przez odpowiedź - z telewizji. W istocie, miałam do czynienia z czymś, co znany Czytelnikom Maurycy nazywa 3M, czyli Modelową Mordą Medialną.

Nie było wątpliwości – naprzeciw wejścia, za stołem rozpościerała się komisja. Rozpoznałam w niej redaktora Sobakiewicza i lektorkę Puffel. Typ, który mi otworzył, rozsiadł się i wziął za robienie min odpowiednich dla przewodniczącego. Przyklejeni do niego siedzieli dwaj nieznajomi, o twarzach bezekspresyjnych. Im również więzienny zarost przeniósł się z głów na brody i policzki. Skojarzyli mi się z dwoma łotrami, z tym, że żaden nie wyglądał na dobrego.

Z kanapy i różnych siedzeń porwała się na mój widok Rewolucja. W pełnym składzie. Zostałam wyściskana przez Rebeka, Amam, Libero, Jojo, Mikołaja i Haka, i wszyscy razem wywołaliśmy niezłe zamieszanie. W zawieszonej na zwykłym miejscu klatce doszło do trzepotu skrzydeł i czegoś w rodzaju gruchania. Dźwięki przypominały Alfabet Morsa w interpretacji morsa. Stojący przy oknie emisariusz Zylbersztajnow spojrzał wymownie na klatkę i dwoma palcami zacisnął sobie wargi. Pojęłam, że papuga Nadieżda odgrywa niemowę.

- Wznawiamy procedurę – walnął w stół Prezio. Czarnym wazonikiem. Jak młotkiem, tyle że z młotka rzadko wypada plastikowy żonkil.

- Miejsce świadka zajmie teraz emisariusz Zilbersteen – postawił palec na dwustronicowej liście jeden z nieznajomych.
- Nie zajmie – pozostał przy ścianie Lew Dawidowicz. - Chcesz kopa, Narwal ?
- Rżniesz głupa, Narwal – obruszył się na Narwala drugi z nieznajomych. – Jak był hazard, to Silbersztajn podrywał małpy w Poranariby.
- Ty też chcesz kopa, Kuśka? – przeadresował ofertę emisariusz. – Nie jakiś Silberdreck, tylko Zylbersztajnow i nie w Poranariby, tylko w Paramaribo. Na riby będzie pora, jak oddasz wiosną futerko do czyszczenia.
- Niech będzie – nie przyjął propozycji kopa Kuśka. – Ale uwaga, nie Kuśka, tylko Kuszkin.
- OK, Puszkin – przyjął do wiadomości Lew Dawidowicz.
- Za świadka usiądzie Sylwester Apolinary Siadkiewicz – odczytał Prezio. – Wezwijcie z korytarza, Puffel.
- Jak powiedzieliście nazwisko? – zaczęła nie wierzyć uszom lektorka.
- Pan przewodniczący Mirosław Srakuła poprosił was, koleżanko, o wezwanie na świadka Sylwestra Apolinarego Siadkiewicza – wyrecytował redaktor Sobakiewicz. – A to dlatego, koleżanko, że macie bliżej do drzwi.
- Chuj prawda – mruknęła lektorka, ale otworzyła drzwi i zawołała – Gówniarz od Siadkiewiczów!
Siadkiewicz junior przykrył sobą kuchenny stołek bez oparcia.
- Co macie do powiedzenia, Apolinary, w sprawie hazardu? – zadał pytanie Narwal.
- Nie właźcie mi z butami w kompetencje – fuknął Srakuła. – O ile wiem, przewodniczący komisji nosi nazwisko Srakuła, a nie Narwal. O ile wiem.
- Srakula – zgodził się Narwal. Nie bez pewnej delektacji w głosie. – Jak ten wampir.
- To wy się kłóćcie, a ja sobie pójdę – zaproponował Siadkiewicz junior. – A wampir, to był Drakula.
- Zostańcie, zostańcie, Apolinary – wstrzymał go Kuszkin.
- Teraz wy dla odmiany? – wściekł się Prezio. – A więc, świadku Apolinary, ...
- Wolę Sylwestra – odezwał się młody.
- Każdy woli – zabrzmiała publiczność. Jak chór grecki.
- To jak macie w końcu na pierwsze? – zaczął sprawdzać na liście Srakuła.
- Cycek! – krzyknął Sobakiewicz.
Ktoś wpuścił rottweilera. Pies zasiadł przed Komisją, obok swojego pana, i wywalił język.
- Cycek – przyjrzał się liście Srakuła. – Dziwne imię!
- Nie tak dziwne jak Brajan czy inna Esmeralda – uszczypnął Prezesa Narwal.
- Mojemu dałem nie Brajan, tylko Brian – oderwał się od krzesła Srakuła.
- Szkoda, że nie Kwasimodo – rozciągnął palcami usta i zagrał zeza Narwal.
Aluzja była paskudna. Co dziecko winne?

Kiedy oddzielono Srakułę od Narwala, Narwalowi musiało się coś w ustach ruszać, bo zaczął sprawdzać. Nie było też wiadomo, gdzie się podziały guziki marynarki Przewodniczącego, ale kiedy Narwal wypluł je na stół razem z zębami, bilans wyszedł na zero.
- Ogłaszam dziesięć minut przerwy – powycierał guziki Srakuła i wyszedł, mimo protestów publiczności.

Mieliśmy chwilę czasu. Hak przystąpił do przyjmowania zakładów w kwestii, kto wygra następną bójkę, a Rebek ustawił się z kamerą i wykonał najazd na twarz Narwala.
- Lepiej byłoby mu to zszyć, niż filmować – zauważyła Amam. – A na waszym miejscu, Puszkin, nie rechotałabym, bo, jak uczy historia literatury, Puszkiny długo nie żyją.
- Kuszkin, za pozwoleniem – rozeźlił się Kuszkin.
- Rusz dupę, Abstynent – przypomniał sobie formułę emisariusz Zylbersztajnow. – Założę się, że pan Kuskin wolałby być Zakuskin!
- Zakuski Zakuskin nie odmówi – zmiął w kulkę dumę rodową na na widok kiełbasy Kuszkin. – A wy Narwal, też spróbujecie?
- Narwal nie spróbuje, bo nie ma czym – wyprzedził Narwala Hak. – Zębów nie ma. Jedne wypluł, drugie połknął.

Ledwo Mikołaj uwinął się w ramach pierwszej kolejki, kiedy do pokoju wpadł Prezio.
- Gdzie Narwal – ryknął.
- Narwal zdezynfekował się i poleciał sprawdzić, czy dentysta z sąsiedniego bloku jest zdolny do aktu chirurgii stomatologicznej – poinformował Rebek. – Nawet chciałem iść filmować, ale jak Narwalowi zajrzałem w japę, to pomyślałem, że jatka lepiej wypada w rzeźni.
- Ale teraz niech prezes uważa – przestrzegł Srakułę Kuszkin. – Żona Narwala ma dwa metry i zabije prezesa jak raz dwa trzy. Ćwiczy karate Kyokushin czy karate Kuykushin.
- Karate Hujkuszkin ? – zdziwił się Hak. – Nie słyszałem.
Kuszkin zamyślił się, a Srakuła wznowił posiedzenie.
- Minęło 7 minut, czyli 10 minut przerwy skończone – zadecydował i kazał wezwać świadka.
Wrócili obaj. Rottweiler zdyszany, bo zdążył pożywić się w dozorcówce.
- Czy ktoś z komisji ma pytania do świadka? – zagrzmiał Przewodniczący. – Nie słyszę. Świadek jest wolny.
- Z Sejmu mądrość płynie, jak miód po dziewczynie! – rozentuzjazmował się na melodię "Łowiczanka jestem" Libero. – Zapraszam pana Przewodniczącego do Waikiki.

W międzyczasie zapłonęła i zgasła ostatnia sekunda z dziesięciu minut.
Zameldowała się Puffel, zszedł od pani Hilarii redaktor Sobakiewicz, a przed drzwiami toalety wycierał łapy o spodnie Kuszkin. Komisja zasiadła i zaczęła się rozglądać za Przewodniczącym.
- Co, kurwa? – zaniepokoił się Srakuła, już w drzwiach i w płaszczu. – Nie było pytań, to świadka rozpuściłem do domu. Na dzisiaj zamykamy.
- Coś nie gra – oznajmił Sobakiewicz. – Ale mam nagranie u redaktora Wasylisa w telewizji, to nawet lepiej.
- A ja mam wywiad z redaktorką Olewajnik – podrapała się pod pachą lektorka Puffel.
- A wy, Puszkin, pewnie zostaniecie na jednego – zaantycypował Sobakiewicz, który nie chciał, żeby go medialnie widziano w towarzystwie Kuszkina.
- A gdzie tam – bez wyczucia zareagowała Rewolucja. - Pan Kuszkin też się śpieszy.
- Fakt, moja wątroba dostała zajoba – zaimprowizował Kuszkin, któremu dla odmiany na medialnej widzialności z Sobakiewiczem zależało.

- A Mikołaja gdzie wcięło – zaniepokoił się Lew Dawidowicz, od minuty z pustą szklanką.
- Sok sobie wiruję – dobiegło z kuchni. – Z czarnej rzodkwi i szczawiu.
- Nie będzie za słodki? – odzyskała mowę papuga. – Chodź do mnie, Władziu, niech cię dziobnę.

Po komisji nie było śladu, a czas odprężenia i wyjaśnień mógł rozsiąść się wygodnie, zamiast skradać się i kręcić.
Wśród Czytelników moich kronik na pewno są tacy, którzy gorszą się, ilekroć daję świadectwo pewnej sympatii wobec zamieszkujących Komórkę Rewolucyjną bojowników o sprawy, które nie tylko są mi obce, ale są szkodliwe wobec wszystkiego, co sama cenię. Przed sentencją potępiającego mnie ostatecznie wyroku, powinni oni wziąć jednak pod uwagę dwie rzeczy – że celem istnienia WSBN jest leczenie, a złość i pogarda wywołują w przeciwniku złość i pogardę pomnożoną przez dwa, oraz że jeśli obcuje się ze sobą od tak dawna, jak ja z większością podopiecznych, to musiały się między mną a nimi nawiązać nici, jeśli nie ostrożnej przyjaźni, to przynajmniej pewnego zrozumienia i rozbawienia. Ileż to małżeństw zawdzięcza swoją jedność w większym stopniu wysokiemu poczuciu humoru niż lekturze Żywotów Par Świętych, i bardziej kuchni i łożu, niż nieprzerwanej, codziennej i conocnej akademii na cześć cnót z najwyższej półki.

- Nie wyobrażacie sobie, kochani, jak się cieszę, że was widzę! – pozwoliłam sobie na otwierający fiestę wykrzyknik.
- Takie już my baby jesteśmy – rozdarło się dla równowagi w klatce - Powinnyśmy na widok waszych pysków krzyczeć i wzywać pomocy - bando lewicowców, ateistów, sodomitów, agentów spod ciemnej gwiazdy, starych rozpustników, młodych impotentów, kapusiów, szabesgojów, łowców antysemitów, prowokatorów, ...
- Zamknij się, królowo egzotycznego kurnika – ryknął Jojo. – Wyskrzeczałaś już dziesięć epitetów, a nas tu jest tylko sześcioro.
- Bo cztery wyzwiska były tylko dla ciebie, ty czarny płaszczu z mysich psitów – nie popuściła Nadieżda.
- Pax, pax! – wyjął żonkila i huknął wazonikiem emisariusz Zylbersztajnow.
- A pan, Lwie Dawidowiczu, mógłby dać sobie spokój ze wspominaniem tego stowarzyszenia – zgorszył się Rebek. – Zaraz usłyszę o Piaseckim i Dobraczyńskim. A na deser może mi jeszcze Lew Dawidowicz porębę z czekolady w sosie filipskim podsunie!
- Jak z czekolady, to ja bym się pisał – zapisał się na porębę Hak.
- Ja nie mogę! – krzykliwie zaniemogła Amam.
- Może soku z czarnej rzodkwi i szczawiu ? – przechylił dzbanek ze swoją ropą naftową Mikołaj.
- Żenada – zzieleniał i zatkał się ręką Rebek. – Teraz to i ja nie mogę!
- A jakby tak wmieszać w to z pół litra Stolicznej? – wystąpił z projektem poprawienia receptury Hak.
Wegeterianin i protestant Dnia Siódmego nie odpowiedział, tylko nalał sobie i podniósł szklankę do ust. Po czym nos skoczył mu do tyłu i popchnął resztę twarzy. Lew Dawidowicz wyrwał Mikołajowi dzbanek, powąchał i zaczął wyglądać, jakby się od tygodnia nie golił.
- Wylej to, Abstynent – ryknął – umyj łapska i przynieś coś przezroczystego.
Sytuacja została uratowana, a po drugiej przezroczystej butelce w Komórce doszło do zmiany klimatu. Nowy klimat okazał się bez porównania lepszy, a w miarę, jak spod każdego bojownika coraz dalej wysuwały się nogi, naprężał się w nim język i energicznie nawiązywał do najlepszych tradycji rewolucyjnych. Inaczej mówiąc, przysłówki, przymiotniki, czasowniki, rzeczowniki i inne zaimki, jeden po drugim, okazywały swoją zbyteczność i dawały się zastąpić przez parę zaledwie słów o wspólnym rdzeniu. Parę, ale z gatunku tych, które podrywają masy do ataku na Pałac Zimowy i zmieniają bieg dziejów.

- Teraz albo nigdy – powiedziałam sobie i zapytałam o genezę komisji i przebieg obrad do momentu, kiedy kot Bazyl podprowadził mnie pod drzwi, a przewodniczący Srakuła je otworzył.
Jako pierwszy odpowiedział na mój apel Hak. Widziałam, że do głosu przygotowała się Nadieżda, ale po pierwszych słowach Haka popadła w śmiech tak zaraźliwy, że zaraził się nie tylko Lew Dawidowicz, ale i ona sama. Zarażając siebie samą, im więcej Nadieżda się śmiała, tym śmiała się jeszcze więcej. Śmianie się przy pomocy dzioba łatwe nie jest. Stąd papugi zdolne do śmiechu są rzadkie i drogie.

Jest bardzo ważne, żeby do śmiejącej się papugi nie zbliżać takich przedmiotów jak ołówki i palce. Ostry i niekontrolowanie kłapiący dziób jest w stanie uciąć wszystko przy nasadzie i podobno (ale to już między nami) rozśmieszanie papug jest zabronione na plażach nudystów męskich. A w Cap d'Agde, we Francji, na plaży nudystów homoseksualnych jest nawet wielka różowo-czarna tablica "Chcesz mieć ciągle długi, to nie śmiesz papugi!" (każdy łatwo domyśli się, że nie chodzi o "długi" w sensie niespłaconych kredytów).

Czytelnik zrozumie, że w zaistniałej sytuacji nie mogłam liczyć na uczciwą i precyzyjną relację wydarzeń w wykonaniu Nadieżdy czy emisariusza Zylbersztajnowa. Dla odmiany, opowieści pozostałych członków Komórki tak wplotły się w narrację Haka, że nie potrafiłabym rozpleść serii węzłów, raz szczerych, a raz hańbiących dziewiczość prawdy z cynizmem i rozpasaniem werbalnym. Jedna Amam, z racji skutecznej senności, nie brała udziału w opowieściach, które były nie tylko ewenementem artystycznym, ale stały się kanwą dla filmu dokumentalnego – Rebek filmował każde usta i rejestrował każdy dźwięk. Zapytany, kiedy szeroka publiczność zapozna się z filmem, oświadczył, że "odważny to on jest przeciwko całemu światu, ale nie przeciwko sobie samemu, czyli że wszystko zależy od wyników przyszłych wyborów". A gdyby Centrali przyszło do głowy zablokować publikację filmu z obawy o dekonspirację Komórki, to "nie brak na tym świecie telewizji z pieniędzmi".

Dobrze, ale zapyta Czytelnik, dlaczego dotąd nie przytoczyłam wszystkiego, co usłyszałam, słowo po słowie. Odpowiem następująco: Czytelniku, a czy ty sam, w zgodzie z własnym sumieniem, żoną, dziećmi i proboszczem, przytoczyłbyś opowieść, której pierwsze trzy słowa, autorstwa Haka, brzmiały "Kurwa, ten chuj...", a ostatnie słowo, w interpretacji Rebeka brzmiało "mać" ?  Czyż nie pisałam, wyżej w tym raporcie, o "przezroczystym płynie" i narastającym nawiązywaniu do "najlepszych tradycji rewolucyjnych"? Dodam pośpiesznie, że jeśli tych "najlepszych tradycji rewolucyjnych" nie ujęłam od razu w cudzysłów, to przez nieuwagę, za którą uderzam się w koraliki.
Wiem, prawda ucierpi, ale na nic więcej niż streszczenie Czytelnik mnie nie namówi. Nie zaliczam się do kronikarek raz zdolnych się rozochocić, a potem na zawsze utracić zaufanie Czytelnika i jego estymę.

A było mniej więcej tak: nieletni wnuczek kierującego Centralą Szapirowa (też Szapirow, tyle że nie Lew Mojsiejewicz, a Maciej Przemysław) prowadził handelek zdjęć pornograficznych dziewczyn, jak się okazało - wyłącznie powyżej 80 kg (taki miał gust), a w piwnicy u dziadka ustawił jędnorękiego bandytę. Klientów naganiał mu Sylwester Apolinary Siadkiewicz, przy czym sam był klientem w zakresie fotografii (młodzieńczy gust hazardu czasem nie obejmuje). Stary Szapirow dwukrotnie tuszował sprawę pornografii wagi ciężkiej, ale nie miał pojęcia o piwnicznym kasynie.

Rzecz się wydała za sprawą dzielnicowego pisemka działkowców, które w dodatku wpadło w ręce miejscowej Rady Parafialnej podczas poświęcania mebli do nowej świetlicy. Walki z Parafią Szapirow bał się jak ognia, więc ograniczył się do wymuszenia na Urzędzie Miejskim zgody na wzniesienie na terenach działkowych sklepu z obuwiem i do zatrudnienia jedynego dziennikarza organu działkowców na dobrze płatnym stanowisku kierownika Wydziału Promocji Medialnej. Jednocześnie postanowił przeprowadzić, jak to ujął w znanej Czytelnikowi żółtawej kopercie, "szkolenie Komórki Rewolucyjnej w zakresie prowadzenia komisji przeciwko przeciwnikom politycznym" i przy okazji gówniarza od Siadkiewiczów zniechęcić do wylewności. Nikt z członków komisji nie miał pojęcia o sprawie. Wszyscy natomiast mieli chęć przypodobania się kierownictwu Centrali. Jeden Srakuła został poinstruowany co do sposobu rozegrania klasycznego już tricku pod nazwą "siedmiominutowe dziesięć minut" i spisał się na piątkę. Naturalnie, wobec przecedzenia informacji przez partyjne sitko, nie wszystko dało się przewidzieć i nowe ruchome uzębienie Narwala miało pozostać tego faktu symbolem.

Nadszedł moment, kiedy niecierpliwa fizjologia zaczęła chylić zebranie ku końcowi. Amam została zaniesiona do sypialni już wcześniej, a pozostali jęli chaotycznie drzemać albo domagać się świeżego rosołku. Mikołaj najpierw wyniósł z kuchni swój sok z czarnej rzodkwi i szczawiu, a kiedy z łazienki dobiegł odgłos spuszczanej wody, Rewolucja poleciała zawiadamiać Amam, że może wstawać. Aby za chwilę przybiec z powrotem, ścigana przez różne kapcie, wśród których wyróżniały się Rebekowe, z różowymi puszkami, rozmiar 44.

- Jutro jak zwykle, Nadieżda – podeszłam do klatki.
- Ciao – pierwszy raz w życiu powiedział Lew Dawidowicz.
- Męczący był dzionek – podsumowała papuga. – Niech mi nikt nie wspomina tego Srakuły. Byłabym przez niego parę razy odzyskała mowę.
- A właściwie dlaczego udawałaś niemą?
- Wczoraj przegrałam z Hakiem zakład. Nie wierzyłam, że w ciągu pół godziny zje kilo makaronu z sosem pomidorowym, wypije z płaskiego talerza ...
- Nadia, młodzież popsujesz – ofuknął ją emisariusz. – Ale Hak maładiec, zjazdł, wypił i nie rzygał.
A więc nie chodziło o politykę. Parsknęłam na głos i stwierdziłam rozbawienie dzioba. Tym razem dyskretne i kontrolowane.

- To co, Bazyl, idziemy sprawdzić, co Cycek ma w misce? – zaryzykowałam, z taktem poniżej przeciętnej.
Bazyl umieścił się przed drzwiami, udając, że nie zrozumiał. A za drzwiami, opuszczał się ze mną rytmicznie, ze schodka na schodek i pomyślałam, że trochę go to kosztowało. Bo też czy ktokolwiek widział kota starannie naśladującego kanciasty i szorstki sposób poruszania się dwunogów w botkach na obcasie?
- Zmykaj, Bazyl, bo zimno – powiedziałam w środku podwórza, tam gdzie parę godzin wcześniej miał miejsce pewien spektakl.
A kiedy to sobie uświadomiłam, nadeszło z naprzeciwka jego żywe wspomnienie. Z pochyloną głową, machając torebką, przeszła obok nas Tęgodubska. Tak blisko, że Bazyl musiał uskoczyć.
- Dobry wieczór, pani Tęgodubska – zawołałam, tym razem bez przesadnej dbałości o spółgłoski.
- Dobry wieczór! – dobiegło jednak zza oddalającej się, znanej z silnego głosu lokatorki.
Bazyl otrząsnął się, trochę po psiemu, i porozumiał ze mną wzrokiem.

Moja uwaga na temat zimna, skierowana do kogoś o futrze tak wysokiej jakości, jak futro Bazyla, została bez wątpienia odnotowana. Natomiast ze strony Bazyla dobiegły do mnie dwa telepatyczne komunikaty. Pierwszy - że "to nie jego, a moje okrycie jest niedostosowane do większych chłodów" i drugi - że, "abym mogła rozgrzać się herbatą z cytryną lub szklanką soku z czarnej rzodkwi i szczawiu, w wersji zmodyfikowanej przez Haka, to muszę uprzednio znaleźć się w domu".
Oboje wzięliśmy sobie do serca wzajemne rady.
I wiem, że potem, kiedy już każde z nas znalazło się pod swoim dachem, pomyślało o drugim.
A za siebie nawet gwarantuję.

Władysława