WSBN

Wirtualny Szpital dla Bardzo Nerwowych powstał w roku 2002, na dawnym forum Najwyższego Czasu, a jego pierwszym i ostatnim dyrektorem został legendarny, całkowicie wirtualny dr Fciak. Na co dzień szpitalem i personelem zarządza Siostra Przełożona. W skład stałego personelu wchodzi pielęgniarz Świstak (pomaga mu żona, znana bardziej jako Świstula, oraz woźny Raciwiłł.
Dalej...

21 kwietnia 2011

Z frontu walki z reakcją i Redakcją (185), 21 kwietnia 2011




Waikikipedia   


III Prawo Papugi Nadieżdy nie zostało wzięte z powietrza, tylko z obserwacji. Obszarem badań naukowych Nadieżdy była nie tylko Komórka Rewolucyjna, ale również wszelkie życie pozakomórkowe. III PPN brzmi "Jeśli jest do zrobienia jakieś świństwo, to zgłosi się co najmniej jeden ochotnik" i dla wszelkiego łajdactwa jest bardzo optymistyczne.

Jeśli chodzi o rewolucję na naszym "wysokim piętrze", to służbowe polecenia świństw nadchodziły z Centrali regularnie i zawsze nosiły podpis Lwa Mojsiejewicza Szapirowa.
Zgodnie z najnowszym rozkazem Centrali, Komórka powinna "robić szybciej nogami" na polu korygowania Wikipedii. Żądanie znajdowało się w żółtawej kopercie, a na wysokie piętro wniósł je dozorca Siadkiewicz, znany z biustu swojej żony i różnych sentencji o charakterze życiowym. Dzisiejsza złota myśl brzmiała "Wszystko się godzi, co nie zaszkodzi" i była wypowiedziana na widok szklaneczki Stolicznej, wyciągniętej przez emisariusza Zylbersztajnowa.

Czuję się w obowiązku uprzedzić Czytelnika, że mój akompaniament wyprzedza muzykę o kilka godzin. Koperta nie została otwarta w mojej obecności, a próżne zaciekawienie jej zawartością jęła dzielić ze mną nie tylko papuga Nadieżda, ale również Amam - znana jako głośna członkini stowarzyszenia Otwarta Rzeczpospolita i cicha agentka wywiadu M., oraz Mikołaj, abstynent wielopłaszczyznowy. Koperta została bowiem bez respektu wciśnięta do kieszeni emisariusza Zylbersztajnowa, który właśnie opuszczał lokal na czele delegacji, udającej się do baru Waikiki, dokąd zaprosił ją redaktor Sobakiewicz na "zebranie plenerowe".

Jeszcze Rewolucja nie powróciła z baru, jak zadzwoniła do mnie pensjonarka Carmen (nad barem Waikiki mieści się instytucja o charakterze towarzyskim, którą na własny rachunek nazywam pensjonatem). Otóż bramkarz Yoruba, z nudów przysłuchujący się zebraniu, miał zarejestrować i odtworzyć przed nią strzępy dyskusji, w których to strzępach pojawiała się nazwa baru, tyle że w formie wzbogaconej. Czarnoskóry Yoruba gotów był dać sobie wyrwać wszystkie blond włosy, że w nowym słowie zawierało się coś więcej niż 7 liter oryginalnego "Łajkiki".

Nie wiem, w jakim stanie była I Konna Budionnego po przedłużonym biwaku w żeńskim klasztorze we wschodniej Galicji, ale jeśli wyglądała tak, jak nasza delegacja wracająca z Waikiki, to jasne, że bolszewicy wojnę z Polską przegrać musieli.
Najlepiej trzymał się emisariusz Zylbersztajnow, który nim przewrócił się na kanapę, wręczył mi poszarpaną kopertę i podjął nieudaną próbę koncentracji spojrzenia na klatce. O ile jednak Lwa Dawidowicza wpisałabym do rubryki "obłożnie nietrzeźwy", to już resztę - do kolumny "pijany obelżywie".



W tym momencie ponownie zadzwoniła Carmen, tym razem z pytaniem "czy doszli?". - Do siebie dojdą jutro, ale u siebie już są - odpowiedziałam. - A co z Sobakiewiczem? - zainteresowałam się pro forma. - Chyba nie żyje - poinformowała Carmen. - Ale Yoruba odprawia nad nim jakieś murzyńskie egzekwie, to kto wie.

W kopercie znajdowało się polecenie, które już, w ramach wybiegania przed orkiestrę, przedstawiłam. Żądanie, żeby Wikipedia była jeszcze bardziej podfarbowana na niebiesko, nie zaskoczyło mnie - niespodzianka zawierała się w treści wysmarowanego na kratkowanym papierze "Protokołu z zebrania plenarnego w Waikiki, w kwietniu 2012 r. Widać było, że protokolant zgubił się gdzieś pomiędzy dniem miesiąca a Anno Domini.

Protokołował Hak:
"W zebraniu wzięliśmy udział z wyjątkiem barmana, który wycierał szklanki niecenzuralnie. Na początku poświęciliśmy zebranie nowej cyjanopedii internetowej Waikikipedia.
Punkt 1 - wymyślenie terminów i przymiotników do pierwszego hasła.
Zebrano takie terminy i przymiotniki jak: Margerita, a gdzie tequila, barman złodziej, najwybitniejszy umysł od czasów Wincentego Witosa Kadłubka, szlachetny profil, ci te oczi mogą kłamać z magnetofonem, nie zaczepiać, bo sprawa w sądzie, niech żyje Adam i Ewa Michnik, Między panem a szlabanem, a to co to, kurwa".
Punkt 3 - Głosowanie, o kim ma być hasło z punktu 1 wyżej:
  • Hak: Michnik Adam i Ewa, albo Kuroń Bronisław, albo Geremek imię zapomniałem
  • Libero: Senyszyn Pelagia
  • Jojo: Szulernich Michał albo Stefa Michnik
  • Rebek: Adolf Biedroń i Michnik
  • Led Dodawowicz: Dawaj barman gitarę
Punkt 3 - Pierwsze hasło Waikikipedii wygrał Michnik, łapy przy sobie, Rebek.
Punkt 3 - Nie mnie tylko jego podnoś, ty czarny hebanie.
Punkt 5 - Carmen mówi, że Śluzik-Krostkowska coś do własnej zupy, ale co? Lew Dawidowicz dosłyszał, ale się niestosownie wyraził, to przemilczę."
Pozostałe linijki albo były nieczytelne, albo wolałabym, żeby nieczytelne pozostały.
Niewątpliwym wydarzeniem był akt erekcyjny nowej encykopedii, czy - jak chciał protokolant Hak - cyjanopedii internetowej Waikikipedii, której sława bez wątpienia rozejdzie się jeśli nie po świecie, to po kościach.
Jak przyjmie ją Centrala i Centrala Central? - oto jest pytanie. 

Moje wątpliwości podzielał kot Bazyl. Oboje uznaliśmy jednak, że lepiej będzie tych wątpliwości poza Komórkę nie wynosić i że wiosna - to jest pora roku nie na niepewność, tylko na życie intensywne. Jego wektor powinien być rysowany grubym kolorowym pisakiem, a mocna strzałka powinna być skierowana od lewa do prawa. Zgodnie z kierunkiem, z jakim pisze swoją historię życie naszej cywilizacji, wciąż jeszcze przed jakimś bliżej nieznanym zakrętem.

Kiedy Bazyl skręcił do piwnic, pozwoliłam sobie jednak na moment lojalnej słabości. Wyobraziłam sobie papugę Nadieżdę, zawieszoną nad zwłokami rewolucjonistów i skazaną na towarzystwo Mikołaja, pociągającego przez słomkę jakieś pietruszkowo-szpinakowe paskudztwo, smutną i znudzoną. I w końcu zadzwoniłam na górę, żeby Mikołaj nalał jej do pojnika 5 ml rumu, z tej butelki, która ukryłam przed Hakiem, już "on wie gdzie".

Władysława

29 marca 2011

Z frontu walki z reakcją i Redakcją (184), 29 marca 2011



 Seksmisja w gabinecie z cieniami.


Za oknem było lekkie zachmurzenie i dzień zapowiadał się byle jak. Co według Haka musiało być dobrą wróżbą, bo jego ryk, dochodzący z łazienki, wprawdzie zawierał jeden tylko element, powtarzalny i ledwie dwuwierszowy, ale treść i siła poetyckiego wyrazu wskazywały na wysoki poziom wiary w 12 godzinną przyszłość: 
Twe ciało pręży się i gnie
na widok męża oraz mnie... 
                              (da capo al fine)
Siedząca już przy stole rewolucja zaczęła wykazywać objawy zniecierpliwienia, kiedy emisariusz Zylbersztajnow powrócił z baru Waikiki i wyczytał w gazecie informację, że powstał Gabinet Cieni Kongresu Kobiet.



- Był najwyższy czas - oceniła Amam, agentka wywiadu M.
- Nie był - zaprzeczył emisariusz. - Powiedzieli w kiosku, że Najwyższy Czas był, ale wybył.
Amam pomarszczyła się i zajęła cichą analizą.
- Wszystko, co ten gabinet cieni z siebie wyrzuci, to cień na kobiety - oceniła papuga Nadieżda.
- Gówno wyrzuci - wychylił się z łazienki Hak. - Cieniasy nie rzucają cienia.
- Żyd nie żyd, ale z Haka seksista, rasista i antysemita - zakomunikował Jojo.
- I homofob! - napuszył różowy puszek na kapciu Rebek.

Jako aranżer, Hak nie miał sobie przy stole równych.
- A zeżreć coś na podkład nie łaska? - skomentował jego uniesioną szklankę Mikołaj.
- Poczytaj, Nadia, bo mi okulary mgłą zaszły - wsunął gazetę do klatki Lew Dawidowicz;
- Premier: Danuta Hübner - posłusznie odczytała Nadieżda.
- Mamy to w … - zainicjował recenzowanie Hak.
- Cicho, bydlaku! - wrzasnęła Amam. - O kobiecie z dobrej rodziny mówisz.
- Aha! - mruknęło w klatce - A jużci!
- Minister Spraw Zagranicznych: Jolanta Kwaśniewska.
- Dla mnie mogłaby być raczej Siadkiewiczowa - spojrzał na Mikołaja Libero.
- Pani Mania? - rzucił mu mało ewangeliczne spojrzenie protestant Dnia Siódmego.
- Bo ma cyce jak donice! - uzasadnił Hak.
Coś sprawiło, że kot Bazyl podniósł łepek z tworzonego przez siebie na środku stołu ryżego obwarzanka.

Powietrze wypełniło się parą. Kiedy Mikołaj był w pokoju, o żonie gospodarza domu można było mówić tylko dobrze. A jeszcze lepiej wcale. Papuga postanowiła nie dopuścić do jatki:
- Minister Edukacji, Nauki i Sportu: Magdalena Środa
- Kurwa mać! - nie wytrzymał Rebek. - Gdyby nie fakt, że dobre wychowanie mi nie pozwala używać wyrazów, to usłyszelibyście.
- Sam bym tego lepiej nie ujął - zachwycił się Hak.
- Minister Pracy i Spraw Socjalnych: Henryka Krzywonos - zaniosła się śmiechem klatka.
- Wiceminister zdrowia: Wanda Nowicka.
- Brawo - rozdarła się Amam. - Braaaaawo, brawo, brawo!
Koty mają słuch delikatny. Bazyl rozwinął się z obwarzanka do linii prostej, przeciągnął i gdzieś podreptał.
- Zamknij się, Amam! Jeszcze kota uszkodzisz! - huknął pieścią po stole emisariusz Zylbersztajnow.
- Pan się opanuje, Lwie Dawidowiczu! - syknął Jojo, który jako jedyny nie zdążył poderwać szklanki.
- Wanda Nowicka, to ta, którą trzeba doprowadzać do sądu siłą? - odegrał dezorientację Mikołaj?
Emisariusz Zylbersztajnow ograniczył się do splunięcia. Jego odpowiedź wydała mi się trafna, acz nieprzesadnie higieniczna.
- Minister Kultury: Kazimiera Szczuka.
- Nie, no kurwa, to jakiś prima-aprilis z przedwczesnym wytryskiem! - podskoczył Libero. - Którego dzisiaj mamy?
- Co to za szmata, którą przynieśliście tutaj, Lwie Dawidowiczu? - gwałtownie zainteresował się Jojo.
Papuga wysunęła gazetę przed pręty.
- Gazeta Wyborcza - przyjrzał się papierowi Rebek. - Ja uważam, że Kazia Szczuka, to bardzo dobry wybór. Ale że mnie Kongres nie wybrał, tego nie zrozumiem.
- Do gabinetu kobiet? - dał się zaskoczyć Libero.
- Są kobiety i kobiety - zmierzwił napuszony przed chwilą puszek Rebek.
- A z ciebie co, abstynent? Też perekińczyk? Za papieża chcesz zostać? - fuknął Lew Dawidowicz. - A tu Jojo ma w szklance sucho, jak Hak rano w pysku.
- A mam! - odszczeknął detektor antysemityzmu. - Nie widzę, żeby w tym gabinecie mniejszości były reprezentowane jak trzeba.
- A kto je tam sprawdzał, te ministerki! - przyjrzał się sufitowi emisariusz. - Czy to ja słyszał, jak one po schodach złażą?
- Gdzie mój notes? - rozkrzyczał się Jojo. - Kto mi ukradł notes?
- Kapuj Jojo przez komórkę - poradziła papuga. - Będzie szybko i nowocześnie.
- Czekaj ty, drobiu równikowy. Jeszcze cię zobaczę na ladzie, zimną i oskubaną jak wulgarną kurę - stracił nerwy Jojo.
Nerwy i niejeden ząb. Patrzyliśmy bez większego współczucia, jak Lew Dawidowicz wyciąga go zza stołu i wynosi z lokalu.

Był czas "wypić coś wreszcie", jak to ujął Hak.
Zwłaszcza, że było za co. Pod warunkiem, że z czarnego notesu Joja zostanie tylko ceratka . W doniczce z asparagusem. Tam, gdzie go umieścił emisariusz.
- Trzeba to teraz dobrze podlewać - nadał telepatycznie Bazyl, dowodząc że kociego oka radary i sonary nie zastąpią.
- Ze swojej strony nie będę szczędził wysiłków - kontynuował.
Z tym uśmiechem, którego tajemnicę częściowo zdradził Lewis Caroll.
- Ostrożnie, Bazyl - wysłałam. - Rośliny doniczkowe lubią raczej wodę.
- Koty znają się na własnych żartach - odpowiedział.

U podnóża schodów, usłyszeliśmy parę nieszczególnie cywilizowanych dźwięków, po czym ujrzeliśmy, jak emisariusz Zylbersztajnow przymyka drzwi do piwnicy i usłyszeliśmy, że "obejdzie się bez pogotowia, a do dentysty, to on sam trafi".
- Pójdę i zobaczę - zaoferował się na nieznanych fizyce falach Bazyl. - Jakby co, to miauknę.

Miauknięcia nie było, więc wyszłam na powietrze.
Lekkie zachmurzenie nie schodziło z nieba.
A czy jest coś lepszego na zapach wiosny, jak lekkie zachmurzenie?
Takie, ani za silne, ani za słabe?

Władysława

9 marca 2011

Z frontu walki z reakcją i Redakcją (183), 9 marca 2011

   

Brak zrozumienia dla Dnia Kobiet 
i post ścisły

Wczoraj, 8 marca, był tzw. Międzynarodowy Dzień Kobiet. Byłam pewna, że ktoś się popisze pamięcią i nie omyliłam się.
Jako pierwszy wylazł z sypialni na światło dzienne Jojo i wyciągnął przed siebie pęczek goździków, łodygami do góry.
Po czym starannie ustawił się tyłem do klatki, a przodem do przeciągającej się w drzwiach Amam, znanej Czytelnikowi jako agentka wywiadu M.
- Najlepsze życzenia dla naszych pań!
- Znowu? - wynurzył się zza pleców Amam Hak. - Jeszcze nie wyleczyłem kaca ze świętowania rok temu.
- "Nie ma wątroby zdolnej wytrzymać wszystkie toasty" - zauważyła papuga. - Chciałabym, Władziu, żeby to przeszło do historii jako IX Prawo Papugi Nadieżdy.
(Uwadze Czytelnika nie umknął fakt, że sentencję zdążyłam ubrać w cudzysłów, zanim jeszcze Nadieżda zastrzegła sobie copyright.)
- A ty paszoł z tymi gwoździami! - dosyć szorstko odezwał się od drzwi emisariusz Zylbersztajnow, wracający z porannej kawy w Waikiki. - Ty spał z nimi czy co?
W istocie, wyglądało na to, że pokładowy detektor antysemityzmu przechowywał swój bukiecik bez wody.
A teraz zaczął wyglądać na zdenerwowanego.
- To wam się, Lwie Dawidowiczu, już nie podoba święto zaproponowane przez niemiecką komunistkę Klarę Zetkin podczas drugiej międzynarodówki feministycznej w Kopenhadze, w 1910 r.?
- Mnie się ono przestało podobać jeszcze przed trzecią międzynarodówką. Chcesz w mordę?
- Wykosztowałem się - poszukał ogólnego współczucia Jojo.
- To może idź i zanieś to kwiecie Magdalenie Środzie - poradziła papuga.
- Najpierw ci z dupy wyrwę parę piór dla przybrania - wściekł się Jojo. - Co ja, masochista?!
- Nie bij go, Lowa - pośpieszyła z interwencją humanitarną Nadieżda. - Jeszcze mi pierza nie uszkodził. A za Środę mógłby jak najbardziej.
- Prawilno! - przestał ukrywać wesołość emisariusz.

Odniosłam wrażenie, że rok 2011 obędzie się bez święta kobiet w Komórce Rewolucyjnej na Wysokim Piętrze. Co więcej, niektórzy sprawili wrażenie zadowolonych.
- Ja bym to kurwa oblał - zaoferował się Hak.
- Rusz tyłek, abstynent - uruchomił Mikołaja emisariusz Zylbersztajnow. - I nie zapomnij o kabanosach, co to nam gospodarz domu łaskawie podrzucił.
- Marchwi wam z selerami nagotuję - wyzłośliwił się protestant. - Środę Popielcową macie.
- Lew Dawidowicz jest prawosławny, ale na pewno bez mięsa dzisiaj wytrzyma - zastąpiła niewiadome wiadomym papuga.
- Mnie kabanos podniebienia nie przedziurawi - zaniepokoił się Libero.
- Ani mnie - dołączył do rebelii Rebek.
- Ani mnie - rozszerzył duet do tercetu Hak.
- Hak - szarpnęła go za ramię Amam - kabanos nie jest koszer!
- Co on nie jest? - próbował zyskać na czasie Hak.
- On nie jest z bobra, tylko, tfu, ze świni.
- To będę łykał bez żucia - zaparł się religii przodków Hak. - Cała Pierwsza Konna tak robiła.
- Gówno będziesz łykał - zadecydował emisariusz. - Jak post, to post. A ty, abstynent, pierogów nam narobisz.
- Narobić to ja wam mogę - mamrotał wdziewając fartuszek Mikołaj, wegeterianin i protestant Dnia Siódmego.









Spojrzałam na Bazyla. Miał na pyszczku niejasność.
- To co? - nadał telepatycznie. - Ja też mam się dzisiaj powstrzymać od myszy?
- Przez solidarność zawsze możesz - wysłałam mu okrutny message. - Ale na Dzień Kocic masz moje upoważnienie.
- Zbytek łaski - wytransmitował. - Obchodzić będę na dachu. I nie dzień kocic, tylko noc.
- Uważaj na siebie - zatroszczyłam się. - Stromo tam, a i rynny niepewne.

Władysława




16 lutego 2011

Z frontu walki z reakcją i Redakcją (182), 16 lutego 2011



  
Rewolucja... Grosso modo

 Życie aktywnego uczestnika walki klas nie składa się z samych rewolucji, wojen domowych, puczów wojskowych, przewrotów pałacowych, marszów na stolicę, gwałtów na zakonach żeńskich, modnych ostatnio oblężeń zakonów męskich, oraz z innych podobnych aktów skierowanych przeciwko ciemiężcom ludu pracującego miast, wsi i willowych osiedli podmiejskich.

Wbrew obiegowym opiniom, odznaczenia bojowe można zdobyć przez codzienną uciążliwą pracę u podstaw, w gruncie rzeczy pełną barw: raz gwałtownych jak czerwień, raz jak czerwień łagodnych. 
Pełna gama kolorystyczna, rozciągająca się od czerwieni rewolucyjnej po czerwień codzienną, zawiera w sobie bogactwo kolorów o wszystkich dopuszczalnych odcieniach: mamy więc czerwień w postaci wysyconego błękitu zwanego "błękitem słusznym" alias "błękitem bankowym" vulgo "bliskowschodnim", mamy czerwień ekologiczną o widmie ograniczonym do głębokiej zieleni i mamy wreszcie czerwień tęczową, tzw. "tęczę ŚDM, Światowych Dni Młodzieży" primo voto "tęczę kochających inaczej". Wypada dodać, że z powodu przeskoków iskier między jedną tęczą a drugą, tęczę ŚDM ograniczono do podtęczy, złożonej z trzech kolorów o znaczeniu stricte religijnym. W środowiskach rewolucyjnych redukcję tę przyjęto źle i zaliczono do kroków par excellence homofobicznych.

Akty drobnego codziennego bohaterstwa rewolucyjnego pozostają aktami walki. Czytelnik nie domyśla się nawet, z jaką gwałtownością odrzuciłam pokusę zmiany tytułu moich kronik. Miałażbym, zamiast raportów pod dumnym i mocnym zawołaniem "Z frontu walki z reakcją i Redakcją", pisać wypracowania pod tytułem "Z frontu psucia forów reakcyjnych", "Z frontu szczucia na Radio M. i ojca Redaktora", "Z frontu rewolucyjnego siorbania Stolicznej" czy "Z frontu popierania Bronisława K. z małżonką"?

Zamiast więc zajmować się przelewaniem frontu, z pustego w próżny, energicznie powrócę do zadań, które nałożył mi na barki dr Fciak, dyrektor naszego WSBN: do kronik z życia Komórki Rewolucyjnej na Wysokim Piętrze.

W ostatnim okresie jedno tylko wydarzenie wysunęło głowę powyżej poziomu walki codziennej. Była nim wizyta ważniaka z Centrali Nowojorskiej.
Hm, była i nie była. Kwestię tę rozstrzygnie w ciągu minut sam Czytelnik. Pomieszane zostały bowiem gatunki - litery z duchem, patosu z trywialnością, czasu przeszłego dokonanego z niedokonanym...

- Ale, po kolei - jak powiedział przecinek do zdania podrzędnego.

Żółtawą kopertę dostarczył jak zwykle motocyklista na rowerze, a na piętro wniósł ją dozorca Siadkiewicz.
Gospodarz domu źle wybrał moment, bo jego dzwonek przerwał pewną rozmowę. Interesujący dialog ledwo się narodził, a już został akustycznie rozdeptany.
Rebek i Jojo usiedli na boku, i nie byłoby w tej konfiguracji niczego dziwnego, gdyby nie różowa apaszka na szyi Joja.
- Czy nie masz wrażenia - zatrzymała się koło klatki Amam - że z tym Jojem coś nie tak? On jeden, oprócz Rebeka, nigdy się do nas nie zalecał?
- Mam wrażenie - sucho zauważyła papuga - że gdyby się do mnie zalecał, to byłoby z nim jeszcze gorzej.
Tymczasem było coraz bardziej oczywiste, że rozmowa "na boku" się nie klei. Scena szarzała i blakła, aż Rebek wybuchnął:
- Możesz mnie pocałować!
- Ciekawe w co? - odpowiedział własnym wybuchem Jojo.
Łowca antysemityzmu dostosował się do starotestamentowego "oko za oko, ząb za ząb, wybuch za wybuch".
Rebek nie wahał się długo.
- W dupę!
- A tobie kto powiedział, że chciałem zapytać, co słychać u bobrów?
- SMSa z tamy dostałem - burknął Rebek.
Albo obaj zgłupieli, albo mówili jakimś kodem. Ledwie mi to przyszło do głowy, jak zadzwonił dozorca i tajemnicze związki między apaszką a bobrami mignęły i zniknęły jak sen jaki różowy.

W swoim piśmie Szapirow zapowiadał wizytę Raula Mendeza, funkcjonariusza 33 stopnia.
- Fiu fiu, 33 stopień! To zupełnie jak Trocki - zagwizdało w klatce. - Lenin, o ile dobrze pamiętam, miał tylko 31.
Zauważyłam, że ręka Lwa Dawidowicza Zylbersztajnowa skoczyła do kręgosłupa, w miejsce gdzie stykał się on z oparciem krzesła. A potem pod lewą pachę. "Ustrzeliłby Lejba Dawidowicza Bronsteina jak szczura", pomyślałam.
Gesty emisariusza nie uszły uwadze Nadieżdy.
- Władziu - zbliżyła dziób do prętów klatki - może by trzeba tego Mendeza przed Lową schować. Zabije jak szczura.
Opanowałam śmiech i postanowiłam nie bronić praw autorskich do gryzonia.

Przygotowania do wizyty powierzono Mikołajowi. Jak się Czytelnik słusznie domyśla, przygotowania powierzał emisariusz Zylbersztajnow, a przygotowań dokonywał Mikołaj, abstynent i protestant Dnia Siódmego.
Widać było, że rozcinając karton ze Stoliczną mamrocze coś nieprzypominającego bynajmniej psalmu.
- Ciekawe, co taki Mendez może żreć? - zapytał po chwili, twarzą do wnętrza lodówki.
Wypada przypomnieć, że Mikołaja trzymała przy rewolucji wyłącznie bezgraniczna nienawiść do Kościoła Rzymskokatolickiego i że fakt ten wyjaśnia jego brak atencji wobec osobistości lewicy światowej.
- Jako Hiszpan - zajęła się śmiechem papuga Nadieżda - paru plasterków szynki Serrano na przekąskę nie odmówi. Jako Amerykanin - takiego entrée nie odmówi również, ale jako pół-Żyd i cały szabesgoj, może na tę wieprzowinę napluć i jeszcze poskarżyć się Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Zajrzałam przez ramię Jojowi, który otworzył czarny notes na stronie ze znaną już Czytelnikowi notatką "Silb ... tj. Zylbersztajnow powinien być przeniesiony do muzeum, a papuga Nadieżda do rzeźni." i dostawił kolejnego ptaszka z datą.

Orszak Mendeza otwierała lektorka Puffel, a zamykał redaktor Sobakiewicz. W środku, zgodnie z logiką, znajdował się Mendez. Użyłam czasownika "znajdował się" najzupełniej świadomie - powiedzieć "szedł" lub "kroczył" byłoby uproszczeniem, gdyż męska lesbijka Puffel i giętki redaktor Sobakiewicz mieli takie miny, jakby tego wysłannika Centrali Central nieśli. Niewiele trzeba było wyobraźni, żeby dopatrzyć się lektyki, z zawartością zarazem cenną i ciężką.

- Serwus, Lowa - zwrócił się do Lwa Dawidowicza Mendez. Polszczyzną czystą i staranną, acz bez jednego polskiego słowa.
- Serwus, Gross - wygłosił swoje przemówienie powitalne emisariusz.
Mikołaj rzucił się do przodu z butelką i przechylił ją nad pierwszym kieliszkiem.

- Towarzysz Mendez - zagaiła Puffel - poinformuje zebranych, które z funkcjonujących w tym kraju organizacji skoncentrują się na walce z Radiem M., na przygotowaniu warunków do Powrotu i na organizacji jego finansowania, w przewidywanej wysokości 65 miliardów dolarów.
- I na walce z Kościołem, ma się rozumieć! - wyprzedził Rebeka Jojo. O pół słowa.
- Ma się nie rozumieć - zażartował kosztem poprawności syntaktycznej Mendez. - Nikt aktualnym polskim Kościołem lepiej się nie zajmie niż on sam. Nie należy interferować. Sprawę zostawcie, w każdym razie, Synom Przymierza i Pałacowi.
Zrobiło się co nieco poważnie, ale sytuację uratował Hak, który zdążył już kilkakrotnie skorumpować Mikołaja i tyleż razy napełnił się poza kolejką.
- A powiedzcie mi Mendez, skąd u was, Mendez, takie nazwisko Mendez?
W odpowiedzi posiadacz 33 stopnia po raz wtóry posłużył się wyśmienitą polszczyzną, tym razem w formie gestu Kozakiewicza.
- Towarzysz Hak pyta - podjęła się mediacji Nadieżda - jaka jest etymologia pańskiego nazwiska?
- O właśnie - ucieszył się Hak - właśnie o… etnologię mi chodziło.
Mendez nachylił się do ucha Sobakiewicza.
- Czy są jakieś inne pytania? - nagłośnił szept redaktor.
- A to nie od mendy jego nazwisko? - wściekł się zlekceważony Hak. - Jak on jest Mendez, to czego on się nie drapie po jajach? Co on, kurwa, czeka może, żeby go ta stara lesba drapała?

Podczas zrywania się na równe nogi Puffel weszła w kolizję z Mendezem, a Sobakiewicz skupił się na tamowaniu wesołości.
Przyszłość, a może i życie Haka zawisły na włosku. Ratunku podjął się emisariusz Zylbersztajnow:
- Jojo, Libero - wyprowadźcie tego pijanicę na schody. Niech otrzeźwieje.
Jeszcze Lew Dawidowicz nie skończył polecenia, jak cwany czekista wytrzeźwiał i podczas wyprowadzania słaniał się popisowo.

Zebranie nie trwało długo. Nie będę cytowała wystąpień Mendeza, Puffel i Sobakiewicza, ponieważ abonenci Gazety W. i klienci krajowych mediów audiowizualnych i tak niczego nie zrozumieją, podczas gdy znawcy twórczości Stanisława Michalkiewicza i czytelnicy moich kronik dokumentacji nie potrzebują.

Bankiet przebiegł w dwóch zasadniczych fazach. Wegeterianin Mikołaj przygotował zakąski w wersji pozawieprzowej. Mendezowi nalewał sam Lew Dawidowicz. Szczodrość i częstotliwość jego gestów sprawiły, że tow. Raul najpierw przestał reagować na pytania, a następnie na cokolwiek. Musiało się to podobać Mikołajowi, który wciągnął do kroplomierza dwa gramy Stolicznej, ale przede wszystkim Hakowi, któremu Lew Dawidowicz dał znać, że może od nowa zainstalować się w szeregach rewolucji.

Na deser wegeterianin Mikołaj zaproponował dwie wersje lodów - Caribbean Sun, czyli pływające w rumie Bacardi lody waniliowo-rodzynkowe oraz swojego pomysłu lody selerowo-pietruszkowe. Wszyscy, oprócz samego Mikołaja, Bazyla i Mendeza, którego bezwładną ręką mściwie manipulował Hak, wybrali lody karaibskie. Po prawdzie, Bazyl udziału w konsultacji nie brał, a tylko opuszczono na podłogę i podsunięto mu przed wąsy pucharek Mendeza.

Kiedy, po lodach, Mendez umoczył usta w kawie, nagle podniósł się i wybełkotał, że "idzie odlać się na dwór". Kiedy drzwi za nim zamknęły się, stwierdziłam, że na jego odejście zwrócił uwagę wyłącznie emisariusz Zylbersztajnow. Lew Dawidowicz zatroskał się w słowach "Popatrzę, bo jeszcze spadnie ze schodów" i poszedł popatrzeć. Wrócił po minucie, i - dziwnie zadowolony z siebie - zawiadamił stół, że "towarzysz Raul poszedł prosto do hotelu, ale do niedzieli się zagoi". Kiedy zaraz potem Nadieżda kazała sobie podać komórkę i zamówiła taksówkę dla lektorki Puffel i redaktora Sobakiewicza, Lew Dawidowicz poprosił mnie, żebym mu dyskretnie przyniosła z apteczki "jakieś medicamento na dezynfekcję prawej ręki".

Zostaliśmy sami. Mikołaj sprzątał, slalomując między śpiącymi. Amam leżała niechlujnie, z głową na plecach Rebeka. Z Joja wysunął się czarny notes, wiecznie za duży na ludzką kieszeń, a Libero i Hak spali solidarnie na dywanie w tzw. mituś, czyli w pozycji dającej się nie bez pewnego ryzyka przetłumaczyć na 6/9. Hak zgubił skarpetki, więc sen Libero wydawał się bardziej głęboki. Libero chrapał, a z Haka wydobywały się różne piosenki, w rodzaju
Kocham jej cysie,
i kocham ptysie,
lecz widzi mi się,
że bardziej cysie.

- Mocno walnąłeś? - zapytała papuga, kiedy oboje z Lwem Dawidowiczem przysunęliśmy sobie krzesła do klatki.
- Ile miałem w kopycie! - pochwalił się emisariusz. - Ale w niego walić, to jak w mokrą szmatę.
- Wiesz, Władziu - zwróciła się do mnie Nadieżda - ten Mendez naprawdę nazywa się Gross. I nie Raul, tylko Jan Mateusz. Kiedy wyniósł się do Stanów, zaczął wypisywał na Polskę obrzydliwe paszkwile. Skończyło się tym, że jego krajowe wydawnictwo na skutek bojkotu zbankrutowało, a on sam dostał po mordzie. Najpierw w Polsce, a potem od kogoś z Polonii w Nowym Jorku. No to zmienił nazwisko. I tu pękniesz ze śmiechu: najpierw idiota wybrał sobie imię Dolores, bo coś mu się popieprzyło z Pasionarią, z tą starą wiedźmą Ibarruri. W końcu, po kilku ofertach matrymonialnych i niespodziewanej popularności w homo-barach, stuknął się w łeb i skorygował imię na Raul.
- Coś mi się wydaje - uśmiechnęłam się do emisariusza Zylbersztajnowa - że Pan za nim nie przepada.
- Wprost przeciwnie, Władziu - rozjaśnił się i roztarł dłoń Lew Dawidowicz - co tylko go spotkam, to go po policzkach poklepuję.

Rozejrzałam się za Bazylem. Kot spał w obwarzanek, owinięty wokół pucharka po lodach selerowo-pietruszkowych. Czytelnik pamięta, że między mną a Bazylem istnieje coś w rodzaju telepatycznego kanału transmisyjnego. Nie zdziwi się więc, jeśli powiem, że pod presją mojego spojrzenia Bazyl obudził się i wyciągnął na czterech łapach na wysokość półki nad kaloryferem. A potem czekał cierpliwie, aż się pożegnam z Nadieżdą i emisariuszem.

Na dworze było zimno. Podwórkowa latarnia obniżała niebo do poziomu drugiego piętra. Wyżej były już tylko światła okien. Otuliłam się szalem i odważyłam zadrzeć głowę. Okna p. Hilarii, gorącej wdowy po adiunkcie Brodawce, jaśniały tak silnie, że znajdujące się o piętro wyżej okno emeryta Dygi, jakkolwie oświetlone, wydawało się ciemnożółte i jakieś takie, powiedziałabym - pokorne. Jedno z okien lokalu rewolucyjnego pozostawało zapalone, ale nie miałam ochoty zastanawiać się, które.
Tym bardziej, że kot wysłał mi bezprzewodową wiadomość, że lody bardzo mu smakowały i "żeby Mikołaj nie zapomniał o nim przy następnej dystrybucji".
- De gustibus - wyrwało mi się w myśli.
- Właśnie! - skwitował Bazyl. - De gustibus.

Władysława

21 grudnia 2010

Światłość ze światłości

Ile rzeczy miało się spełnić po tym dniu, kiedy posłuszna Bogu dziewczyna Maria urodziła Jezusa.

Światłość ze światłości.
Syna Bożego zrodzonego przed wszystkimi wiekami.
Który stał się człowiekiem.


*


Życzę wszystkim bardzo szczęśliwego nowego Roku 2011.

2 grudnia 2010

Z frontu walki z reakcją i Redakcją (181), 2 grudnia 2010


Opowieść starszego pana i wspomnienie "czarnej wdowy"

 

Zszedł do nas emeryt Dyga z nieodpartą potrzebą zwierzenia się. Mówię "zszedł", bo starszy pan mieszka tuż nad Hilarią d. Eugenią Brodawką, a p.Hilaria zaraz nad nami.

Tak jak o niej, wdowie po adiunkcie, dr. Brodawce - z racji jej hipotetycznie śmiertelnych wobec niego wymagań uczuciowych - mówi się w kamienicy "czarna wdowa", tak do pana Dygi, z przyczyn dla odmiany zupełnie błahych, przylgnęło przezwisko Dziadyga.
Wymyślił je synalek dozorcy, Sylwester Apolinary Siadkiewicz, a poszło mu o rodzaj tiku słownego, jaki wstrząsa językiem emeryta przy każdej rozmowie. Ma on zwyczaj powoływać się na swój dorobek reprodukcyjny i moralny przy użyciu formuły "O mnie, proszę szanownego pana, o przepraszam - proszę dobrodziejki, proboszcz zawsze mówił: oto parafianin, jakich nam trzeba - wzorowy mąż, ojciec i dziadek Dyga". No i gówniarz od Siadkiewiczów to dyganie usłyszał.


Przejdźmy teraz do samej opowieści, która niestety żadnego rewolucyjnego serca nie skruszyła, jeśli nie liczyć Nadieżdy i emisariusza Zylbersztajnowa, do których (niech to zostanie między nami) przymiotnik "rewolucyjny" przylegał coraz słabiej. Co zresztą papudze było kompletnie obojętne; za to - gdyby się wydało - mogłoby nieprzyjemnie zaważyć na wynagrodzeniu, a nawet życiu Lwa Dawidowicza. Wprawdzie gwarancja jego długowieczności, a mam na myśli pewne tajemnicze dossiers, spoczywała nie na jakimś tam dysku, więcej czy mniej twardym, ale w sejfie któregoś z egzotycznych banków, i nawet instytucja WikiLeaks prędzej połamałaby sobie zęby niż złamałaby klucz do emisariuszowych sekretów, ale kontrwywiad w nowojorskiej Centrali Central tak podobno schamiał, że każdego podejrzanego wykreśla z listy żywych bez sprawdzania tożsamości. Dla pewności - z całym otoczeniem, nie zapominając o akwarium.

Dosyć teraz dygresji, której jedynym zadaniem miała być redukcja listy faktycznych rewolucjonistów o dwa nazwiska, i od nowa wskakuję w opowieść, która udaje, że się nie niecierpliwi.

Jeśli wierzyć dziadkowi Dydze, to opuścił się on był tego ranka na lodowaty i zaśnieżony poziom zero, z silnym postanowieniem zakupu prezentów dla wnuków. Ledwie jednak wystawił laskę na ulicę, o mało co nie został przejechany przez parkujący samochód. Kierowca zaczął gadać do komórki i nie tylko nie przerwał, ale nawet "jakby nie widział" machającego rękami i nogami emeryta. A później, już na chodniku, starszy pan został wielokrotnie zmuszony do "stopu" - to przed nadbiegającymi z prawa i lewa podfruwajkami, to przed cofającą się koparką gąsienicową, to przed licznymi choinkami na dwóch nogach, to w końcu przed pudlem w szkockim płaszczyku i krukiem, który mu przeciął drogę na piechotę i bez pośpiechu.

- I wtedy, kochani państwo, ja, mąż, ojciec i dziadek Dyga, pomyślałem, że mnie już nie ma - tak przedstawił podsumowanie swoich przygód emeryt.

Po czym - jeśli mu w dalszym ciągu wierzyć - starszy pan jął testować wszystko, na co się natknął - ludzi, zwierzęta i samochody osobowe oraz dostawcze. Wynik testu miał jednoznacznie wypaść na niekorzyść dziadkowego istnienia. Tymczasem emeryt krzyczał, wystawiał na mróz język, a nawet, z rozpaczy, siusiaka - wszystko na nic. Nie zainteresował się nim nikt. Nawet - kiedy przechodził pod wiaduktem - jakieś zziębnięte ptaszysko, prawdopodobnie gołąb, wysłało mu ciepły ładunek na gałkę laski, a nie - jak by dziadek w ramach testu pragnął - na rękaw.

W tym miejscu relacji dziadek Dyga przyjął wyraz twarzy, który wzruszyłby krokodyla nilowego. Gada może by i z drzemki wytrącił, ale na zahartowaną w antyfaszystowskiej walce rewolucję trzeba było znacznie więcej.  Jedyną reakcją popisał się Hak, kiedy mu się teatralnym szeptem wyrwało "Ale Dziadyga p...".

Nie łatwo jest kobiecie cytować wypowiedzi rewolucjonistów w całej ich oryginalnej krasie, ale że - kiedy z rąk dr. Fciaka przyjmowałam nominację na kronikarkę rewolucji - nie protestowałam, więc nie mogę się uchylać przed literackimi fotografiami dialogów. Szept Haka, z kilkoma recenzjami, brzmiał więc:
- Ale Dziadyga pierdoli.
- Cham jeden - skwitowała wypowiedź papuga Nadieżda.
- Fakt, salonowe to nie było - zgodziła się z ptakiem agentka wywiadu M., Amam.
- Co, co? - zainteresował się emeryt.
I natychmiast wznowił opowiadanie, bo bardzo nie lubił sam sobie przerywać.
- Pan się streszcza! - ledwie zdążył sucho nakazać Libero.
- I wtedy, proszę szanownych zebranych - przeszedł do rzutu na taśmę starszy pan - uznałem, że skoro mnie nie ma, to znaczy, że nie mam ciała i że mogę wkopać się w ziemię, unieść się nad ślizgawicę, albo … dlaczego nie … wejść do sklepu przez szybę wystawową.
- I co, pewnie się udało? - zaszydził Jojo.
- Jak najbardziej - odpowiedział pan Dyga. - Założyli mi potem w szpitalu Św. Jacka Kuronia po dwa szwy na każde oko i tak oto odnalazłem swoje siedemdziesiąt trzy kilo. Obecnie każdy mnie na ulicy widzi i ustępuje.
- Może dlatego - zamyśliła się na głos Amam - że pan ma teraz taki kaprawy wygląd, a ludzie tego nie lubią.
- Zwłaszcza, jak idą jeść - dodała po chwili.
- Szanowny pan nie odmówi kieliszeczka? - zgalwanizował Mikołaja emisariusz.
- Tego mąż, ojciec i dziadek Dyga nigdy nie odmawia - otworzył usta i przechylił głowę do tyłu emeryt.
- Wlejcie mu ze dwa - zalecił Lew Dawidowicz.
- Zakąszę na klatce - porwał plaster salcesonu pan Dyga.
I przyśpieszył w kierunku drzwi z niespodziewanym impetem. Jakby mu zależało na następnych szwach.

- Pora iść na obiad - obejrzał zegarek Libero.
- Wiem, że macie kantynę w Waikiki - rozległ się nagle od strony drzwi głos dziadka Dygi.
Dziwne Zamek w drzwiach został za emerytem starannie przekręcony.
W Komórce zrobiło się zimno.
- Grzać przestali? - porwał się z krzesła i sparzył ręce na kaloryferze Jojo.
- Lepiej chodźmy jeść bez aperitifu - zakomenderował emisariusz Zylbersztajnow.
- To co? - zawiesił butelkę Mikołaj - Leję, czy chowam?
- Jak się wylejesz, to schowaj - poinstruował go Hak.
Nikomu nie było do śmiechu

- Weźcie mnie dzisiaj ze sobą - odezwała się nagle Nadieżda. - To co, że mróz!
- Narzucimy ci kocyk na klatkę - zajęłam się logistyką.
- Hak cię poniesie - obiecał Lew Dawidowicz.
- Znowu kurwa ja?

Elementy rutyny wracały, ale równowaga wyraźnie sie wahała.
- Kto przejdzie pierwszy? - zatrzymała się przed drzwiami Amam.
- Rebek przejdzie - zaryzykował pogląd emisariusz. - On w duchy nie wierzy.
- Wierzę jak najbardziej - cofnął się do sypialni Rebek. - Żenada, byłbym wyszedł w rannych pantoflach.
- Ja pójdę pierwsza - zadecydowała Nadieżda. Głosem, który, zanim opuścił dziób, wykonał parę głuchych wibracji.
- Od kiedy, kurwa, klatka ma łapy - wściekł się Hak. - A ja pierwszy nie pójdę, bo mam lumbago.
- Idź Jajo - zarządził Lew Dawidowicz. - Sąsiad nazywa się nie Dybuk tylko Dyga.
- A ja nie Jajo, tylko Jojo. A nie pójdę pierwszy na znak protestu przeciw faszyzmowi, który i tu wtargnął - szarpnął się na emisariuszowej smyczy Jojo.
- Pójdziesz, pójdziesz - zapewnił Lew Dawidowicz i przystawił go do framugi. Tak raczej na płask.

Kiedy Lew Dawidowicz przekręcił starannie wszystkie cztery klucze, nagle z wnętrza Komórki dał się słyszeć krzyk i śmiech emeryta Dygi.
- A o mnie zapomnieliście? A ja się może boję ciemności. Ahaha, hahaha, huhuhu, hihihi.... uuuuuuuuuuuuu...

Najszybciej zbiegała po schodach Amam. Ja schodziłam zaraz za Hakiem, który wyjękiwał różne wyrazy, których nie zapamiętałam, tak byłam zajęta drapowaniem kocyka na klatce. Jako ostatni dostojnie opuszczał się Bazyl. Z wyrazem pyszczka, który cynicznie naruszał prawa autorskiego Lewisa Carolla do "uśmiechu kota".

Na miejscu, w Waikiki, nikt do tematu dziadka Dygi nie wracał. A kiedy dał się przez okno widzieć przechodzący ulicą inny znany Czytelnikowi emeryt, niejaki Wigorek, i Hak burknął "kolejny dziadyga", to komplet oczu przekłuł mu wargi. Aż musiał przyłożyć rękę do ust. Jak plaster.

*
Reszta dnia potoczyła się nijako i mogę w podsumowaniu powiedzieć, że - z punktu widzenia działalności rewolucyjnej - dzień sukcesem nie był.
Kiedy zaś pod wieczór szłam do siebie, myślałam o roli podobnych wydarzeń w historii rewolucji. Nie doszłam w swoich rozważaniach do niczego konkretnego - tym bardziej więc postanowiłam nie tylko pozostawić temat bez wniosków, ale nawet skończyć raport "przed czasem".
Wszystko, co mogę powiedzieć, to to, że miało być dzisiaj o młodych "antyfaszystach", a było o przechodzącym przez zamknięte drzwi pewnym starszym panu.

Ale uwaga, bywają dziadygi znacznie groźniejsze i niejeden z nich manipuluje antyfaszystami.
Tymi przed trzydziestką, tymi w pasiakach, tymi w maskach...